Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty

7/18/2016 03:57:00 PM

한집 - Koreański dom w Tbilisi

한집 - Koreański dom w Tbilisi
Górski wyjazd marzył mi się od dawna, więc gdy dwójka przyjaciół zaproponowała Gruzję zastanawiałam się tylko 24 godziny. Do wyjazdu był tylko miesiąc, mało czasu na przygotowania, plan tylko na góry, więc nawet nie sprawdzałam czy w stolicy mają koreańską restaurację. Czas spędziliśmy w górach, w marszrutkach i na jedzeniu.
.

Kilka ostatnich dni poświęciliśmy na zwiedzenie Tbilisi i okolic. Po jednym z sutych gruzińskich obiadów mój kolega zauważył koreańską restaurację i zaproponował abyśmy wybrali się tam następnego dnia. Moja miłość do Korei była im znana, a wspólny koreański obiad obiecywałam im od dawna, więc okazja wydała się idealna. Trochę obawiałam się, że ich pierwsze spotkanie z koreańskim jedzeniem odbędzie się w niesprawdzonej przeze mnie restauracji, ale wszystko udało się cudownie, a oni zostali nowymi miłośnikami ostrych smaków.

W lokalu znajdowali się tylko Koreańczycy, leciał kpop, a na ścianach wisiały autografy, koreańskie obrazki, zdjęcia i hanbok.




W związku z tym, że kelnerka się uczyła i pewnie pierwszy raz obsługiwała tak wielu Koreańczyków jednocześnie, my musieliśmy trochę poczekać na zamówienie i dwa razy je powtarzać. Bardzo się starała i szybko realizowała nasze prośby, więc tą małą niedogodność postanowiliśmy jej wybaczyć :D

Ja zamówiłam kimbap, kimchi i tofu.







Kimbap był idealny! To samo kimchi, poszło całe i zjadłabym jeszcze więcej. Tofu dostaliśmy na koniec, mimo, że było bardzo smaczne, nie dałam rady zjeść całego.

Znajomi postawili na mięsa i przystawki. Mega porcja japache, sporo przystawek, miska ryżu i wszystko to...zjedzone widelcem! :D



Wszystkie dania były duże, a do tego bardzo smaczne, więc nasz obiad oceniamy wysoko. Musieliśmy jedynie przypomnieć o ryżu, dostaliśmy go dużo później i był zimny, więc to on wpływa na obniżenie naszej oceny. Poza tym wszystko było cudowne, gdyby lokal znajdował się w Polsce, to na pewno regularnie bym do niego wracała. 

Informacje praktyczne:
  • Dojazd: Shalva Dadiani str N4 Tbilisi
  • Ceny: Średnie, ale bliżej im do wysokich. Ogólnie droższe niż gruzińskie jedzenie, ale tańsze niż inne zagraniczne lokale.
  • Strona internetowa: Facebook 
 
Ocena Oppy:
 
 

7/02/2016 09:40:00 AM

Busańska babcia w Seulu, czyli w koreańskim barze mlecznym.

Busańska babcia w Seulu, czyli w koreańskim barze mlecznym.
- Jeszcze jeden kurczak Ciociu!

- Dwa razy zupa.

- Wody Ciociu! Skończyła się nam woda.

Staruszka żwawo biega między stolikami, przynosi kolejne dania, wodę i kubki. Wita nowych gości, podśmiewa się ze stałymi bywalcami i od czasu do czasu patrzy w stronę stolika gdzie siedzą te dwie białe dziewczyny. Przychodzą tu już od tygodnia i za każdym razem zamawiają bibimbap. Prawie nie mówią po koreańsku i trudno zgadnąć z jakiego są kraju. Babcia przedyskutowała już ten problem z towarzyszkami z kuchni, ale nadal mają zagwozdkę. W otoczeniu brudnych talerzy i kubków, z rękoma mokrymi od mydlin, będą spoglądać na nas co chwilę, podnosząc głowy znad parujących garnków.


Babcia jest jedną z pracownic 할매순대국 (Halmae Sundaeguk), co można przetłumaczyć jako babcina zupa sundae (zupa sundae to zupa na bazie koreańskiej kaszanki, w której zamiast kaszy jest oczywiście ryż). Babcia też nie jest tu zwyczajna, bo w standardowym języku koreańskim babcia to 할머니, natomiast  할매 to określenie na babcię w dialekcie z południa (Busan i okolice). Nasz babcia jest jednak jak najbardziej seulska, zresztą tak jak i sieć tych barów, którym bliżej do polskiego baru mlecznego niż szykownej restauracji. Menu wisi na ścianie, przy suficie gra wiecznie włączony telewizor, na małej sali jest wciśniętych kilka standardowych i kilka niskich stołów do siedzenia na podłodze. Ceny są tu równie niskie co te stoły, za kilka tysięcy wonów można tu zjeść do syta, i pewnie właśnie dlatego gdy po raz kolejny w przeciągu ostatniego tygodnia zbiegłam ulicą, na której końcu mieszkamy, bar był pełen. Babcia widząc mnie w drzwiach machnęła ręką w stronę wolnego miejsca i nawet nie pytając zaordynowała bibimbap.



W restauracji siedziało kilku licealistów, rodzina i grupa starszych panów z uwagą śledzących wyświetlane właśnie wiadomości. To miejsce ma klimat, mimo że jest sieciówką. Przychodzą tu ludzie z różnych grup społecznych i po prostu z przyjemnością jedzą, rozmawiają i drażnią z babciami.

Najlepiej sprzedające się dania można obejrzeć na zdjęciach.

Nieciekawy wystrój, tanie jedzenie, brak porządnego menu, ot tani bar. A jednak jest w nim coś co każe mi tu wracać. Lubię to miejsce, wydaje mi się stałym elementem miasta, wiem, że jak pojawię się tu znowu za tydzień, albo za pół roku ono nadal tu będzie. Nie zniknie jak jedna z tych kawiarni i restauracji, których co miesiąc powstaje w Seulu kilkadziesiąt i co miesiąc kilkadziesiąt z nich przestaje istnieć. W tym chaotycznym, hałaśliwym mieście jest jedno pewne miejsce, w którym spotkam wiecznie plotkujące babcie, które śmiejąc się zaserwują mi proste, pyszne danie.

Kciuk w górę! Babcia poleca, więc jak tu nie spróbować ;)

Informacje praktyczne:

Skraje mapki: stacje metra Hongki i Sinchon, Babcia jest po środku mapki, tuż koło Paris Baguette.


Ocena Oppy:





2/21/2016 11:59:00 AM

Mei

Mei
Do Mei wybrałyśmy się w środku tygodnia i w środku dnia. Przez 5 min siedziałyśmy w towarzystwie koreańskiej rodziny, ale po chwili zostałyśmy już same i mogłyśmy prowadzić swobodną rozmowę o blogu, jedzeniu i dramach. Lokal na przełomie 2015 i 2016 roku przeszedł gruntowny remont, sala jest większa, ale przede wszystkim powstały stanowiska do grilla co pozwoliło na powiększenie menu. Ostatnio byłyśmy w Mei ponad rok temu, ja zjadłam bulgogi, a Daria piła tylko herbatę, więc oczywiste dla nas było, że musimy zobaczyć jak zmienił się lokal i zjeść więcej.


To co w Mei podoba nam się najbardziej i to co wyróżnia tę restaurację na tle innych warszawskich lokali, to rodzinna atmosfera. Mogłyśmy poczuć się swobodnie, rozmawiać o wszystkim (blog, kpop, Korea, dramy), a nawet zrobić zdjęcie jedzenia i nie czułyśmy się oceniane. Pani, która przyjęła nasze zamówienie była bardzo kompetentna, chociaż jak zawsze (ale lepiej się upewnić) zapytała czy wiemy jak zjeść :D 


Ja oczywiście wybrałam bibimbap, 38 zł (chyba powinnam zrobić jakiś ranking warszawskich bibimbapów ;p)




Tak jak pisałam kilka postów temu, bibimbap to po prostu ryż z warzywami i mięsem, można do niego dodać dosłownie każde warzywo. Nie pomyślałam jednak o sałacie lodowej :D Jej widok w tej potrawie trochę mnie zaskoczył, ale wszystko smakowało świetnie i na przyszłość nie będę się wzbraniała przed dodaniem jej do swojej wersji.

Ten w zaserwowany w Mei był smaczny, zawierał odpowiednią ilość mięsa (dużo) oraz pasty paprykowej (częsty zabieg: była ukryta pod jajkiem). Stosunek ceny do jakości i ilości uważam za odpowiedni. Ceny za bibimbap maleją i mam nadzieję, że kiedyś da się go gdzieś kupić za 20-25 zł. Jest to w końcu kuchnia koreańska, jeszcze traktowana u nas jako nowość, ale dzięki temu, że lokali jest coraz więcej, konkurencja rośnie, więc ceny mogą być trochę bardziej przystępne. Na szczęście czasy gdy trzeba było jechać pół miasta aby zjeść słaby bibimbap i zapłacić za niego 55 zł minęły ;)


Daria lubi ostre i nigdy nie bierze tej samej potrawy, więc tym razem padło na 쫄면 (35 zł). Jiolmyeon to kolejna potrawa która w swojej nazwie zawiera swój opis. 쫄 pochodzi od przysłówka 쫄깃쫄깃, które oznacza coś gumiastego, ciągnącego się i elastycznego. Ogólnie trzeba żuć. Daria zresztą miała problemy ze zjedzeniem tej potrawy właśnie przez tę cechę makaronu. Do tego dodawane są różne warzywa i jajko (czasami na twardo, czasami na miękko) i mimo braku znaczka "ostre" przy tej właśnie pozycji, to jednak ostrzegamy, bywa ostre i warto wziąć coś do picia.

 


Wzięłyśmy makkeolli (transkrypcje są różne, więc: 막걸리) 7 zł za kieliszek, 30 zł za butelkę (którą kupiłam sobie "na wynos")

Tak jak już wspomniałam, atmosfera była bardzo rodzinna, spokojnie sobie rozmawiałyśmy, co jakiś czas przychodziła do nas Pani kelnerka pytając czy wszystko nam smakuje, zza kontuaru podglądała nas sympatyczna ahjumma, a po jakimś czasie dostałyśmy jeszcze prezent od szefa kuchni ;)


Kimchi jeon (김치전) czyli naleśnik z kimchi nie był najostrzejszym plackiem jaki dane było mi jeść, ale w środku było dużo dobrych kawałków kimchi, więc oceniam potrawę zdecydowanie na plus. Sam placek (zapewne większy niż ten) kosztuje 20 zł. 

Mei w swojej ofercie ma mnóstwo wspaniałych potraw, więc na pewno będziemy wracały. Po pierwsze grill! W końcu to pod niego został przeprowadzony remont. Zostałyśmy nawet zapytane czy kiedyś byłyśmy na koreańskim BBQ i że koniecznie powinnyśmy wrócić aby zobaczyć jak to wygląda w Mei :)


cr: Mei
Już na samą myśl o kawałkach mięsa i kimchi zawijanych w różne liście robię się głodna. Mam ochotę zwłaszcza na galbi (karkówka marynowana w sosie sojowym). Grilla zamawia się zwykle na 2 osoby, do tego dostajemy ryż i sałatkę. Trzeba również zapłacić 10% za obsługę (pomoc bywa potrzebna, zwłaszcza jeśli wybieracie się na taki posiłek po raz pierwszy).

Na pewno wrócę też na ich kimbap i zupę z kimchi (lubię porównywać ich ostrość ;p)


Informacje praktyczne:


  • Adres: ul. Solec 81B, CH ARKADA, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 11:30 - 21:00
  • Strona internetowa: Mei - Warszawa

Ocena Oppy:




11/21/2015 10:33:00 AM

Na obiedzie w restauracji Arirang.

Na obiedzie w restauracji Arirang.
Czas na kolejną kulinarną recenzję, tym razem będzie to restauracja Arirang. Tak się złożyło, że ani razu nie byłyśmy tam wspólnie. Kasia wpadała tam na lunche, ja na późne obiady, ale było tych wizyt kilka, co zdecydowanie świadczy na korzyść restauracji.

Jeszcze jakiś czas temu lokal krył się pod nazwą Kintaro i serwował japońskie dania, dopiero od niedawna zwie się Arirang i ukierunkowuje na kuchnię koreańską (Arirang to znana ludowa piosenka koreańska, w 2012 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNECSO).

Zanim przejdę do recenzji restauracji chciałabym Wam najpierw w skrócie wyjaśnić na jakiej zasadzie razem z Kasią oceniamy dane lokale. Przy recenzowaniu staramy się kierować kilkoma zasadami, łatwiej nam wtedy obiektywnie spojrzeć na dane miejsce.

1. Wygląd i komfort lokalu: czyli pierwsze na co zwraca się uwagę przy wejściu do jakiejś restauracji. Chodzi tu m.in. o to w jakim stanie jest toaleta, czy temperatura w pomieszczeniu jest odpowiednia, czy jest ciasno, jaki jest wystrój itd.. Oczywiście nie są to ścisłe ramy i w zależności od okoliczności, niektórych aspektów nie biorę pod uwagę.
2. Obsługa: czy kelnerzy/sprzedawcy są mili, pomocni, zorientowani w tym co mi sprzedają. Jak są ubrani (schludnie i czysto), czy długo muszę czekać na swoje zamówienie.
3. Najważniejszy komponent – jedzenie. Jaka jest estetyka podania i oczywiście najważniejsze jaki jest smak samego dania (czy jest smaczne, ciepłe/zimne, itd.)
4. Cena: czy jest adekwatna do wielkości serwowanych dań. Oczywiście muszę brać poprawkę na to czy jem w drogiej restauracji czy street foodowym barze, czy w cenę jest wliczona obsługa, napiwki, lokalizacja też ma znaczenie (W centrum dużego miasta na pewno zapłacę więcej).
5. Podsumowujący punkt - czy chcę tam wrócić. Czy miejsce zrobiło na mnie takie wrażenie, jedzenie było na tyle smaczne, a atmosfera na tyle przyjemna, że zechcę to miejsce odwiedzić w przyszłości.

Wróćmy do Arirang i pierwszego punktu recenzji, czyli wyglądu i komfortu lokalu. Tu mam mieszane uczucia, restauracja jest schludna, dużo bieli i brązów, parawany, babusy, ale jak dla mnie ciut za ciasna. Stoliki stoją bardzo blisko siebie, więc czy chcę tego czy nie bez trudu słyszę rozmowy sąsiadów, a nawet czasami sąsiedzi są na tyle głośni, że nie słyszę tego co mówią moi znajomi.

Punkt drugi - obsługa. Nie mam jej nic do zarzucenia. Kelnerka była kompetentna i miła, jedzenie szybko podane. Dokładnie tak jak powinno być.

Przejdźmy do kuchni. Jak już wcześniej pisałam, byłyśmy z Kasią w Arirang kilkukrotnie. Za każdym razem jedzenie było dobre, ciepłe i naprawdę ładnie podane. Kuchnia smakuje tak jak powinna, zresztą dobrą tego oznaką są jadający tam Koreańczycy (ahhh, te dźwięki KakaoTalk przy co drugim stoliku ;) ).

Yejukbulgogi i Daktigim



W porze lunchowej dania kosztują 18zł (w cenę jest również wliczony ryż), co jak na centrum Warszawy i taką porcję jest naprawdę dobrą ceną. Kasia próbowała Dakbokum - wieprzowinę w cieście z sosem słodko kwaśnym i do tego jako gratis dostała również zupę z mleczkiem kokosowym. W porze obiadowej ceny są nieco wyższe, za standardowe danie wahają się w granicach 25-35zł, a za ryż należy dodatkowo zapłacić 5zł, ale muszę zaznaczyć, że nie jest on konieczny do każdego dania, porcje są wystarczająco duże i bez niego. Nie ma ryżu, ale w cenę każdego koreańskiego dania zawsze są wliczone trzy przystawki. Wśród dań głównych próbowałyśmy między innymi Yejukbulgogi - smażona wieprzowina z warzywami w słodkim sosie sojowym (mięso rozpływało się w ustach, Kasia mówi, że jej też), Daktigim - kurczak smażony w cieście z sosem teriyaki, oraz Yaki Udon - smażony makaron udon z warzywami i mięsem. Ten ostatni jadła moja przyjaciółka niezbyt zaznajomiona z kuchnią azjatycką, ale danie podbiło jej kubeczki smakowe ;) . Istnieje również opcja zamówienia grilla i własnoręcznego usmażenia mięsa (klimaty prawdziwego koreańskiego bbq). 

W karcie znajdują się też dania droższe, około 50zł, z owoców morza, ale tę cenę mogę zrozumieć. Minusem jest wycena niektórych potraw sklasyfikowanych jako przekąski. Yukhoe, czyli koreański tatar (nasz przepis na azjatycką wersję znajdziecie TUTAJ) kosztujący 60zł to gruba przesada, nawet w dużo droższych warszawskich restauracjach jego cena potrafi być znacząco niższa.

Lunch, zupa i kimchi


Tak zgrabnie przeszliśmy do punktu czwartego, czyli ceny. Jak wyżej. Ceny lunchowe bardzo przystępne, większości dań obiadowych również. Mimo to w karcie pojawiają się kwiatki z cenami zdecydowanie za wysokimi.

Punkt piąty. Czy chcę tam wrócić? Tak. Zresztą robię to dość regularnie. Restauracja spełnia moje oczekiwania i po prostu dobrze karmi. Moja ocena dla niej to 4.5/5. Mały minus za komfort i niektóre ceny, ale to tylko mały minus. Poza tym było po prostu świetnie. Polecam. W tym miejscu da się poczuć smaki Korei.


Informacje praktyczne:
  • Adres: ulica Nowogrodzka 38, 00-691 Warszawa
  • Godziny otwarcia: 12:00-22:00 (od pon. do niedz.)
  • Strona internetowa: Facebook - Arirang
Ocena Oppy:

10/26/2015 10:33:00 PM

Miss Kimchi - recenzja

Miss Kimchi - recenzja
Miss Kimchi. Lokal z kuchnią koreańską, który jakiś czas temu zadebiutował na ulicy Żelaznej w Warszawie. Reklamuje się jako korean streetfood bar, pod logo ma jeszcze umieszczone "udon" i "bibimbap". Wydawałoby się, że to raj na ziemi dla ludzi takich jak my, którzy szukają w Warszawie restauracji z tanim i szybkim jedzeniem koreańskim, a do tej pory mieli do wyboru tylko poważne i drogie miejscówki  :)

Miss Kimchi, znane do tej pory z targów śniadaniowych jako Yakitori, wkrótce otworzy swoją stacjonarną lokalizację. Miejsce będzie samoobsługowym streetfood barem oferującym dania kuchni azjatyckiej, głównie koreańskiej. Ma być bez zadęcia, niedrogo i smacznie. W podtytule Miss Kimchi deklaruje udon i bibimbab. Menu ma się zmieniać co 1-2 tygodnie. Do wyboru będzie kilka dań głównych, kilka zup, i znacznie więcej przystawek, kiszonek i sałatek. - zapowiedź otwarcia z warsawfoodie.pl

Na Żelaznej pojawiłyśmy się 10 minut przed otwarciem. W trakcie wyobrażania sobie za ile będzie bibimbap oraz czy zostanie podany z jajkiem surowym czy smażonym, zaglądałyśmy do środka.



Zapewne jesteście sobie w stanie wyobrazić moje zdziwienie (i rozczarowanie) gdy okazało się, że w restauracji bibimbap nie jest podawany. Nie wiem dlaczego nie został zmazany z szyby (rozumiem, że z baneru nie da się go usunąć), ale jedyne co mi się nasunęło to próba kuszenia ludzi i liczenia, że może jednak zostaną. Mimo wszystko zostałyśmy.

Daria ubrała się tematycznie :D

Zmieniające się co 1-2 tygodnie menu od 7 października zmieniło się minimalnie (kaczka w słodkim sosie zamieniła się w kurczakowe szaszłyki ;p), kurczak w ostrym sosie, żeberka, tofu i wszystkie zupy bez zmian. Może przyszłyśmy tuż przed zmianą.

Po prawej menu datowane na fejsie na 7/10, po lewej z 23/10


Kolejna sprawa to street food. Co z tego można uznać za koreański street food? Jedynie szaszłyki, ale nie w takiej cenie i formie. Jeszcze może zupę, ale raczej udon niż kimchi chigae. 

Bardzo mi się podobał wybór herbat (te w postaci marmoladowej ;p), długo polowałam na śliwkową, więc ją zamówiłam (cena 7 zł), a jako głównie danie wzięłam tofu. Daria zdecydowała się na ostrego kurczaka. Następnie przyszedł czas na wybór przystawek. Przemiła Pani ekspedientka niestety nie była w stanie powiedzieć czy w sałatce warzywnej są słodkie ziemniaki, ale trzeba przyznać, że wybór był spory :)


Daria wzięła ostrego kurczaka, który spełnił jej oczekiwania. Kiełki niestety były twarde (może to kwestia tego, że leżą w takiej niby otwartej lodówce i nie są przykryte?), a kimchi obie wolimy bardziej chrupiące niż wodniste (ale ile restauracji tyle kimchi, więc to tylko prywatna opinia :D). Ogólnie wszystkie dodatki były zimniejsze niż temperatura pokojowa, o ile przy kimchi jeszcze można to zrozumieć i przystawki powinny być chłodniejsze to różnica temperatur wydała się nam za duża (dobrze, że zamówiłam ciepłą herbatę ;p)


Tofu po koreańsku było pozbawione dukbokki, omlet był zimniejszy niż wszystko inne, ryba bardzo dobra (też zimna), ale ogólnie jedzenie bardzo mi smakowało. Tofu było dobrze zrobione, czułam odpowiednie smaki :D Nie wiem niestety dlaczego główne danie było wielkości przystawki.


To co mi się w Miss Kimchi nie podoba najbardziej to konceptualizacja. Rozumiem, że lokal może być samoobsługowy, trzeba podejść i zamówić, wybrać co się chce wskazując to palcem, a po pałeczki i serwetki trzeba pójść oddzielnie. Nie rozumiem dlaczego głównego dnia jest mniej niż ryżu, a kosztuje tyle co w lokalu gdzie proporcje są odwrócone, a do tego mam obsługę i nie muszę jeść sklejkowymi patyczkami, które wpływają na smak potrawy. 

Podawanie jedzenia na tackach, co w Korei bardziej mi się kojarzy z wojskiem lub szkołą, jest z jednej strony super, ale z drugiej bardziej przypomina japońskie Bentō. Gdyby nie to, że świecono mi w oczy "bibimbapem"i "korean streetfood" to chętnie wydałabym 32 zł na ten posiłek i była nim zachwycona. 


Jak widać : smakowało :)


Nawet to, że przez 20 min nie było prądu (zapewne przez pobliskie roboty drogowe) nie zabolało mnie tak jak brak bibimbapu :D Myślę o tym miejscu jako o ciekawym eksperymencie i jednorazowym wyjściu (chyba, że w końcu menu zmieni się zdecydowanie i będzie tam coś ciekawego), ale za 25 zł można zjeść w Warszawie dużo lepsze, większe i ładniej podane koreańskie jedzenie.

Informacje praktyczne:
  • Adres: ul. Żelazna 58/62, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 12-20


Ocena Oppy:




Edit 27/10/2015

Kurcze, ktoś jednak nas czyta! :) Miss Kimchi zamieściło obszerną odpowiedź na naszego posta, z którą szczegółowo możecie zapoznać się w komentarzach poniżej. Oppa, jako człowiek racjonalny, oczywiście wszystkie argumenty przeanalizował i postanowił podnieść ocenę do 3 gwiazdek (co już jest całkiem wysoko jak na nasze inne oceny ;p). Dlaczego? Jeśli faktycznie wszystko pominąć i skupić się na jedzeniu to było dobre.

Nie uznaję jednak siebie za profesjonalną recenzentkę ani osobę, która zna jakiekolwiek realia gastronomii czy kontaktów z sanepidem. Piszę tylko to co czuję i myślę po pobycie w danym lokalu. Uważam, że ceny są za wysokie jak na wielkość porcji, brak obsługi i hasło street food. Niestety nie zmienia się również moja opinia co do tego, że przystawki były za zimne, może to kwestia tego, że byłyśmy pierwszymi klientkami. Nie zmienia się też moja opinia o dostępności menu, nie uważam aby moją rolą było tłumaczenie braku bibimbapu w menu, kiedy jego nazwa wielokrotnie pojawia się na lokalu i jego stronie facebookowej.

8/19/2015 10:16:00 AM

Enoki Street Food

Enoki Street Food
Jeszcze w zeszłym roku na pytanie o "koreańskie jedzenie w wawie" lekko się krzywiłam i mówiłam, że koreańskie jedzenie to jest w Korei, a w Warszawie co najwyżej można się wybrać na Służewiec albo na bibimap do Kiku. Minął rok, a na mapie miasta znajdziemy już nie kilka, a kilkanaście miejsc gdzie można zjeść pysznie, azjatycko i jeszcze za przyzwoite pieniądze.

Fresh Vege Spring Rolls 15 zł


Kim-Chi Ramen 20 zł

Pyszności z powyższych zdjęć miałam okazję jeść w Enoki. Mimo, że ich lokal znajduje się przy ulicy, którą mijam dosyć regularnie, to jednak otwarcie zauważyłam dopiero po około 3 miesiącach. Pomieszczenie jest bardzo małe, szyld również nie należy do największych, ale postawienie na środku menu na szczęście w końcu zwróciło moją uwagę.

Wejście znajduje się tuż pod logo.

Jak widać, menu zwraca uwagę ;)

Po pierwsze: enoki to grzyby, które można jeść też na surowo i kojarzą mi się z Hatifnatami z Muminków (nie pytajcie dlaczego).

Po drugie: jest kimchi. Kosztuje 8 zł i jest oddzielnym "daniem", można je oczywiście potraktować jako przystawkę, ale za bardzo przyzwyczaiłam się do darmowego kimchi do wszystkiego aby je od razu zamówić. Wydałam pieniądze na większe rzeczy ale żałuję, że nie spróbowałam jak im to kimchi wyszło (do nadrobienia asap). 

Po trzecie: w środku (i na zewnątrz) jest fajnie, a Pan był miły i pytał czy mi smakowało (taaak).




Po czwarte: Ich menu zrobiło na mnie wrażenie nie tylko zawartością, ale też wykonaniem, jest ładnie zaprojektowane, a zdjęcia są dobrej jakości. Po prawej widzicie jak wygląda sprawa z makaronami. Niby tylko 5 pozycji, ale uważam, że to odpowiednia ilość by mieć pewność, że wszystkie składniki są świeże, a wykonanie będzie zawsze na wysokim poziomie. 

Po lewej Paku Paku, których, czego bardzo żałuję, nie spróbowałam. Też 5 pozycji, i też ciężki wybór. Z pewnością wrócę na Lentil Paku (soczewica czerwona i zielona, kolendra, domowy majonez z wasabi i limonką) oraz Fruit Paku (owoce sezonowe, sos waniliowy, amarantus ekspandowany). 

Paku Paku oznacza po japońsku hmm..chrupanie/gryzienie, albo otwieranie i zamykanie ust (z wrażenia). Nazwa pasująca bo na widok tych pierożków najpierw szeroko z wrażenia otworzyłam usta, a później szybko je zamknęłam. Pewnie znalazłabym o tym więcej informacji na ich facebooku (który również jest sprawnie prowadzony i zawiera dużo ciekawostek oraz ładnych zdjęć).


Było już o tym czego nie jadłam, to teraz pora na informację o tym co mi się zjeść udało. Zdjęcia tych potraw są na górze postu. Spring rollsy i kimchi ramen. Rollsy były warzywne, dobrze "nadziane" i mogę powiedzieć, że na bogato. Składniki były świeże, a eleganckie podanie (mimo, że to street food) zrobiło na mnie wrażenie. Zupa była aromatyczna i tak ostra jak moim zdaniem ostra być powinna. Dało się ją zjeść bez płaczu. Gdybym się miała do czegoś przyczepiać to wolałabym więcej szczypiorku, ale to po prostu ja jem go w ogromnych ilościach.

 Mam nadzieję, że Enoki pozostanie w tej formie na długie lata. Na pewno będę wracała po więcej ;)


Informacje praktyczne:
  • Adres: ul. Chmielna 2, Warszawa (zdecydowanie bliżej od Foksal)
  • Godziny otwarcia: 12-22 (możliwe, że od września aż do 24)

Ocena Oppy:




6/11/2015 02:53:00 PM

Dosirak - Koreańska restauracja w Atenach

Dosirak - Koreańska restauracja w Atenach


Dlaczego piszę o Grecji na blogu o Korei? :D Powiązań na pewno trochę by się znalazło, ale niech moim powodem będzie koreańska restauracja DOSIRAK, którą odwiedziłam podczas tej krótkiej wycieczki. Na początku może krótko o Atenach i o tym co tam robiłam.



Gdy ma się znajomych rozsianych po świecie podróżowanie wydaje się łatwiejsze i tańsze niż wcześniej. Świat się kurczy, a ja mam wrażenie, że nigdzie nie jest za daleko i za drogo, więc tydzień w Atenach potraktowałam jak dłuższy wypad za miasto. Z bagażem podręcznym (bo tanimi lotami) i zapasem książek na czytniku byłam nastawiona głównie na odpoczynek i słońce.


Urocze uliczki, małe kawiarnie, mnóstwo zieleni i przesympatyczni (ale głośni) ludzie. Niestety za dużo gołębi i trochę jednak widoczny kryzys, ale i tak nic nie mogło zepsuć mojego wypoczynku.



Muszę jednak przyznać, że zwiedzając miasto utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że to Koreańczycy są moimi pokrewnymi duszami. Ateny są piękne, ale zbyt głośne i trochę zaniedbane. Ogrom gołębi (których panicznie się boję) sprawił, że nie mogłam pójść w każde miejsce bo moje ścieżki były od nich zależne. Tona gołębi przed wejściem do kościoła? Nie idę tam. Tona gołębi przed jakąś uliczką? Muszę to obejść :D



Nie byłabym jednak sobą gdybym nie szukała śladów Korei w każdym możliwym miejscu. Restaurację i jej lokalizację wyszukałam jeszcze w Polsce, ale mimo zaopatrzenia w mapkę trudno było mi ją znaleźć. Dotarłam do zbiegu ulic gdzie znajdowały się inne azjatyckie lokale: noodle, sushi, chińskie, japońskie, ale nigdzie koreańskiej. Już prawie się poddałam i usiadłam w japońskiej, ale zaporowe ceny mnie z niej wygoniły i gdy zrezygnowana szłam już w stronę zaprzyjaźnionej kawiarni w moje oczy rzucił się hangul. 




Na zewnątrz siedział młody Koreańczyk z nogą na nodze i papierosem w ustach. Jego bose stopy w mokasynach od razu przypomniały mi przesadnie modnych koreańskich facetów. Później było jeszcze lepiej, w toalecie wisiały kartki z napisami (po koreańsku, angielsku i grecku) z informacją, że nie można wyrzucać papieru do WC (jak w Korei) i było to jedyne miejsce (poza menu i logo), w którym było coś napisane po koreańsku.

Zwykle idąc do restauracji czy kawiarni mówię sobie, że wezmę coś nowego i będę eksperymentowała, ale zwykle kończy się na ulubionych potrawach i smakach. Tak tez było tym razem i zamówiłam moje ulubione danie czyli bibimbap.

cr: facebookowa strona restauracji

W menu było dużo pysznych potraw na które miałam ochotę, ale musiałam się oszczędzać bo na deser zaplanowałam lody o smaku zielonej herbaty, które restauracja również ma w swojej ofercie.

Bibimbap mnie nie rozczarował, ale niestety muszę przyznać, że wiele razy jadłam lepszy, nawet ten który zrobiłyśmy same mógłby z nim konkurować. Lody były wyśmienite, ale łączny rachunek w moim mniemaniu powinien być mniejszy przynajmniej o 3-4 euro (Nie dam już sobie niestety ręki odciąć, ale Bibimbap był po 12, a lody za 8 euro). Duży plus za szybką i koreańską obsługę. 

Siedziałam podekscytowana, niegrzecznie bawiłam się koreańskimi pałeczkami i za pewne za bardzo wgapiałam w młodego Koreańczyka. Koleżanka namawiała mnie żebym coś do niego powiedziała po koreańsku, ale byłoby to zbyt dziwne :d Spokojnie zjadłyśmy i udałyśmy się na spacer, podczas którego moje myśli tak bardzo krążyły w okół Korei, że po powrocie do mieszkania obejrzałam ze 4 odcinki dramy (czego normalnie nie robię na urlopach). 


Informacje praktyczne:
  • Dojazd: Voulis 33, Syntagma, Ateny
  • Ceny: Średnie, ale bliżej im do wysokich. Za pieniądze wydane tam na obiad w tańszych lokalach można się żywić przez kilka dni. Przykładowe ceny: Ton Katsu 9 euro, duże California Maki 14 euro, duża porcja Nigiri Sushi 20 euro (wydaje mi się, że typowo japońskie jedzenie było tańsze).
  • Strona internetowa: Facebook
  • Ciekawostki: na piętrze znajduje się zamknięta przestrzeń i można siedzieć na podłodze^^, w ofercie jest soju <3
Ocena Oppy:


Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger