8/13/2019 04:22:00 PM

Staż w CSPA - moje doświadczenie

Staż w CSPA - moje doświadczenie
Był taki czas w moim życiu, że bardzo chciałam przeprowadzić się do Korei. W związku z tym, że nie jestem najmłodsza i byłam już po studiach, wiedziałam, że nie zrobię tego za wszelkę cenę, a zmiana pracy musiała być sensowna i zgodna z moimi oczekiwanami, nie tylko jeśli chodzi o rozwój kariery, ale i wynagrodzenie. Uważałam, że mam małą szansę na sukces, ale podjęłam różne, mniej lub bardziej udane, próby. Teraz kiedy o tym myślę wydaje mi się, że nie byłam aż tak bardzo zmotywowana, pewna i wystarczająco odważna by się tam przenieść. Zdecydowanie łatwiej było zostać w Warszawie, robić wszystko bardzo asekruacyjnie, o nic nie prosić i mocno się nie wychylać. Na pewno niczego nie żałuję i wszystkie doświadczenia wpłynęły na to kim jestem, ale warto wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów zbyt wiele razy.


Jedną z moich najbardziej poważnych prób był staż w CSPA



Centrum Studiów Polska-Azja to polski ośrodek typu think tank, który działa od 2007 roku. Prowadzi stronę internetową, fanpage, szkolenia, konferencje, wydaje książki, zrzesza ekspertów i pasjonatów, wszystko to w tematyce Azji. Zgłosiłam się na staż w redakcji wiadomości z Korei, ale pisałam na tematy związane z kulturą. Miałam spore doświadczenie w pisaniu tekstów naukowych oraz powiedzmy, że przyzwoite w pisaniu tektsów na bloga, ale staż i tak okazał się cięższy i bardziej anagżujący niż się spodziewałam.

Odpowiedziałam na zgłoszenie o naborze stażowym wysyłając swoje CV oraz próbkę tekstów. Chyba tego samego lub następnego dnia oddzwoniła do mnie Patrycja Pendarkowska, która była wtedy koordynatorem projektu związanego z moim stażem (później awansowała na President of Board, a obecnie zarządza założonym przez siebie instytutem Boyma - link). Rozmowę z Patrycją wspominam bardzo miło, akurat byłam na dworzu, biegałam i pamiętam, że na rozmowie spędziłyśmy około 40 minut, podczas których chodziłam po lesie :D Sama rozmowa była moim najciekawszym wspomnieniem ze współpracy z CSPA, ciekawa dyskusja, wymiana doświadczeń, trochę nowej wiedzy, mądrych pytań i duża dawka informacji o tym co robi CSPA. Opowiedziałam o tym czym interesuję się najbardziej i o czym mogę napisać, ustaliłyśmy kilka pierwszych tematów i zabrałam się za pisanie.


Przez pół roku stażu napisałam 7 tekstów. Łącząc to z pracą zawodową, wyjazdami prywatnymi i wtedy jeszcze pisaniem na bloga czułam, że ciągle brakuje mi czasu. Napisałam kilka tekstów o kuchni koreańskiej (temat związany z moją pracą magisterską), fanach koreańskich gwiazd, a także o malarstwie świątynnym i piśmie koreańskim. Muszę przyznać, że z tekstu na tekst czułam się coraz bardziej przymuszana (wewnętrzenie, a nie zewnętrzenie), a robienie reserachu czy redagowanie tekstu nie sprawiało mi już takiej przyjemności jak na początku. 

Tak zwaną "kroplą, która przelała czarę goryczy" i bezpośrednio wpłynęła na moją decyzję o zakończeniu współpracy, była wymiana wiadomości z jednym z czytelników. Teksty na bloga to moje przemyślenia, doświadczenia i opinie, które w miarę możliwości uzupełniam o linki czy wiadomości z różnych źródeł. Prace na studia czy praca magisterska to typowa praca naukowa, gdzie wszystko musi mieć swoje uzasadnienie, a teksty na CSPA były pomiędzy tymi dwoma typami. Czyli czasami "za dużo źródeł, to nie praca naukowa", a czasami "skąd ona to wzięła, gdzie są jakieś źródła". Po opublikowaniu tekstu, administrator fanpage zamieszczał na fejsie linka do mojego tekstu. Pod niektórymi pojawiały się miłe komentarze, pod innymi ciekawa dyskusja, a pod jednym personalny atak na moją osobę :D Specjalnie się tu (na blogu) ukrywamy, nie publikuję pod nazwiskiem, ale na CSPA tak, więc zostałam poproszona o dyskusję z tym panem z mojego prywatnego konta. Czyli nie CSPA prowadziło z nim dyskusję, a ja. Z autobusu, lotniska, a później po przylocie do Korei. Wszystko pod czujnym okiem moich znajomych. Było to stresujące i nieprzyjemne doświadczenie, które sprawiło, że uznałam, że gra nie jest warta świeczki i po prostu się do tego nie nadaję. Skończyłam tekst, który wtedy pisałam i zakończyłam współpracę. Nie z winy CSPA, ani nie ze względu na jakieś problemy komunikacyjne, a ze względu na dobrą lekcję polegającą na uświadomieniu sobie czego nie chcę :) Czyli pierwszy krok do odpowiedzi na pytanie "czego chcę?"

CSPA nadal obserwuję oraz czytam, uważam, że to światna platforma, a Azja nadal jest mi bliska. Cieszę się, że mamy taką platformę oraz że powstają kolejne, ale jeśli chodzi o pisanie to zdecydowanie bardziej odnajduję się w tym lekkim i przyjemnym. Z gifem, żartem i różnymi drobnymi błędami, które zdarzają mi się tu i ówdzie. CSPA to głównie biznes i ekonomia, poważne tematy i poważni ludzie, trzeba być zmotywowanym, pewnym siebie i swoich komeptencji, ja nie byłam.

To doświadczenie pokazało mi, że nie jestem aż tak zmotywowana i pewna co do swojej pasji oraz rozwoju karierty w stronę zajmowania się Koreą. Nie chciałam chodzić na spotkania i konferencje, które nie dotyczyły interesujących mnie rzeczy, a mogłyby być dobrym networkingowym doświadczeniem, nie chciałam rozmawiać z ludźmi, których oczekiwania co do mojej wiedzy oraz pobudek były zupełnie inne niż moje. Musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie czy to pasja i droga życiowa czy to tylko bardzo fajne hobby. Jak widać było to po prostu bardzo fajne hobby :) 



7/29/2019 04:34:00 PM

Co dalej?

Ostatniego posta zamieściłyśmy w lutym. Korea, koreański, dramy i społeczność ludzi zajmujących się Koreą nadal są dla nas ważne, ale nie jestem, bo będę pisała o sobie, już taką fanką jak kiedyś. Nie prowadzę już bloga na tumblr, nie słucham codziennie kpopu, ostatnią dramę obejrzałam ze 2 miesiące temu, a na dobitkę 2019 to pierwszy rok (od chyba 7), w którym nie byłam i nie będę w Korei. Oczywiście nadal dużo podróżuję, Azja jest moim ulubionym kontynentem i będę w Seulu w maju 2020 roku, ale jak widzicie, kierunek zainteresowań znacząco się zmienił. A raczej poszerzył. 

Od czasu kiedy interesuję się kpopem i kulturą popularną Korei dużo się również zmieniło. Jonghyun, wszystkie afery Big Bang, nowe zespoły, których w ogóle nie słucham, czy coraz bardziej pooperowane gwiazdy dram, które sprawiają, że robi się coraz sztuczniej. Tak, z mojej perspektywy to już nie to samo. To co mnie wiązało z tematem już nie istnieje lub przeszło taką transformację, że nie czuję połączenia. Znalazłam nowe rzeczy, nowe tematy, nowe zainteresowania, nowe problemy i nowe pasje. Pisanie nadal sprawia mi bardzo dużą przyjemność, więc chciałabym móc wrzucić tutaj raz na jakiś czas swoją nową zajawkę, przemyślenie, fajną restaurację czy przepis, a nawet relację z podróży, ale nie będzie to już jedynie koreańskie. 

Blog rozchodził się i "umierał" wolno, czasami jeszcze coś napisałyśmy, gdzieś pojechałyśmy, ze dwa razy w miesiącu ktoś nowy zaobserwuje nas na instagramie czy polubi nasz fanpage, ale żadna z nas już się w niego nie anagażuje. Nie chcę tutaj niczego obiecywać, wręcz przeciwnie, bardziej chcę zakończyć jeden etap, podziękować i pójść dalej. Blog jest niesamowicie fajną platformą, poświeciłyśmy dużo czasu i pracy aby wyglądał tak jak wygląda teraz. Daria spędziła niezliczone godziny edytując kod, rysując i przycinając Oppę, te wszystkie zdjęcia i posty to nasza praca i wspaniałe doświadczenia, nie chcę tego tracić, chcę dopisać nowe, inne. 


W związku z tym chciałybyśmy Wam z Darią bardzo podziękować i powiedzieć, że nic nie obiecujemy, nie wiemy czy pojawi się tu w przyszłości jakiś post i czy będzie o Korei, ale jeśli tak, to oczywiście będzie nam niezmiernie miło mieć Was dalej wsród czytelników.


Pozdrawiamy,
Kasia i Daria 





PS: link 


2/24/2019 08:27:00 AM

Testujemy Borntree

Testujemy Borntree
Posty o kosmetykach nie pojawiają się u nas zbyt często, ale jeżeli już się pojawią to znaczy, że coś jest na rzeczy. Oczywiście używamy koreańskich kosmetyków, chociaż zazwyczaj kupionych w Korei, a nie w Polsce, ale rzadko robią na nas na tyle duże wrażenie żeby pisać o nich coś więcej. Tym razem będzie o marce Borntree, ale zanim do niej przejdziemy, szybkie wprowadzenie. 

Pod koniec grudnia dostałyśmy zaproszenie na KBeautyShow 2018 organizowany przez firmę Korean Unicorn Shop, zajmującą się dystrybucją koreańskich kosmetyków w Polsce (przede wszystkim własnie firmy Borntree). To było pierwsze takie wydarzenie organizowane przez tę firmę i jak na pierwszy raz wypadło nieźle. Spotkanie było oczywiście poświęcone koreańskiej pielęgnacji i kosmetykom. Czekało nas kilka wykładów na temat m.in. 10 stopniowego rytuału pielęgnacji  (tych którzy jeszcze o nim nie słyszeli odsyłamy do tego postu), walki z trądzikiem, masek w płachcie. Właściwie nie dowiedziałam się tam niczego nowego, ale odświeżyłam wiedzę i widziałam, że dla osób, które nie znają zbyt dobrze koreańskiej pielęgnacji sporo z informacji było nowością. 

cr: Korean Unicorn Shop, to epika odpowiedzialna za całe wydarzenie :)

Fajną sprawą na konferencji był sprzęt do badania jakości swojej skóry, w stosunku do swojego wieku (Hurra, moja skóra jest troszeczkę "młodsza" niż ja, więc trzymam się nieźle ;) ). Dostałam też w pakiecie informację o problemach  i porady dotyczące pielęgnacji.

Małym minusem było to, że zaprezentowano nam niewiele marek (2 lata temu byłyśmy na K-Beauty Poland i tam było wszystkiego dużo dużo więcej), ale wracając do głównego tematu. Na konferencji dostałyśmy do przetestowania kilka kosmetyków. Jako że impreza odbyła się pod koniec grudnia to oczywiście były Święta, potem Sylwester, więc tak naprawdę dopiero w styczniu sięgnęłam po nowe nabytki. Mijają 2 miesiące odkąd zaczęłam ich używać, więc czas najwyższy na recenzję. Do przetestowania dostałam krem mleczny Gold Milk Steam, serum wygładzające Gold Milk oraz krem przeciwsłoneczny Sunblocker Berry Essence 50/PA+++. Zacznijmy od kremu... nie przepadam za kremami i niestety ten też mi nie przypasował. Teoretycznie do każdego rodzaju skóry, w praktyce bardzo długo się u mnie wchłaniał i pozostawiał na twarzy nieprzyjemną tłustą warstwę. Po mniej więcej tygodniu dałam sobie z nim spokój.

Na szczęście poza kremem były też inne rzeczy, więc przejdźmy do przyjemności. Na początek serum, którym jestem zachwycona. Podobnie jak krem zawiera połączenie mleka koziego, oślego i tłuszczu końskiego i ponownie sprawdza się przy każdym rodzaju cery, ale tutaj to rzeczywiście prawda. Szybko się wchłania, naprawdę dobrze wygładza i nawilża twarz, z czystym sercem polecam. Za każdym razem kiedy go użyję moja skóra następnego dnia wygląda naprawdę bardzo dobrze. Używam regularnie i na pewno będę to robić nadal.

Kolejnym udanym produktem jest krem przeciwsłoneczny, który też bardzo przypadł mi do gustu. Jest lekki i nie zostawia tego paskudnego tłustego filtra i białej warstwy na twarzy, których nie cierpię. Dobry pod makijaż i już wiem, że przed wakacjami muszę dokupić kolejne opakowanie. Najlepszy krem przeciwsłoneczny jakiego używałam, a było ich dużo, bo walczę ze słońcem jak się da (wolę w lecie być całkiem biała niż czerwona jak burak :D). 

Poza skutecznością, plusem tych kosmetyków są opakowania. Mimo że czasami nie mogę się oderwać od tych ślicznych, uroczych koreańskich opakowań w kształcie zwierzątek, kwiatków, owocków itd. to jednak zazwyczaj stawiam na minimalizm. Opakowania Borntree właśnie takie są- proste, białe, bez zbędnych ozdobników. Malutki (ale bardzo malutki) minusik to to, że informacja o produkcje w języku polskim znajduje się tylko na kartonowym opakowaniu, więc kiedy je wyrzucę pozostaje mi szukać szczegółów tylko na stronie dystrybutora. Mały minus, bo zazwyczaj bez problemu zorientuję się, że to na co patrzę to krem, a nie na przykład tonik, ale czasami taka informacja z tyłu produktu się przydaje.

Podsumowując, czy polecam markę Borntree? Z 3 przetestowanych produktów, bardzo podobają mi się 2, więc jak najbardziej tak. Czy będę dalej używać ich produktów? Tak, kiedy mi się skończą te, to kupię sobie następne i z chęcią przetestuję też inne produkty tej marki.

Tyle z mojej strony, napiszcie mi czy znacie Borntree, a jeśli nie to jakie koreańskie kosmetyki polecacie?

1/15/2019 04:03:00 PM

Wywiad z zespołem Hae-eo-hwa

Wywiad z zespołem Hae-eo-hwa
ZESPÓŁ HAE-EO-HWA

Hae-eo-hwa (해어화), czyli zespołu studentek filologii koreańskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, prezentujący tradycyjny koreański taniec z wachlarzami- buchaechum (부채춤).

Facebook: 해어화 Haeeohwa - Korean Fan Dance Group
Instagram: @hae_eo_hwa


Cześć. Przedstawcie się. Kto wchodzi w skład zespołu?

안녕하세요! Jesteśmy zespołem o nazwie Hae-eo-hwa. Nasz obecny skład to Paulina, Daria, Liliana, Klaudia, Marta, Ewa, Ewelina, Justyna, Alexandra, Basia, Ludwika, Izabela i Klaudia.

Co oznacza nazwa Waszego zespołu?

Nasza nazwa, czyli Hae-eo-hwa wzięła się z chińskich znaków, które można przetłumaczyć jako "kwiat potrafiący wyrażać" i to również oznacza "piękną kobietę".

Jak długo występujecie w zespole?

Najdłuższy staż to 5 lat, reszta z nas po 3 i 2 lata, ale mamy też dwa nowe, tegoroczne nabytki.


Kiedy powstał Wasz zespół?

Nie zostało to jakoś udokumentowane, że od tego i tego dnia powstał ten zespół, ale wiemy, że powstał około 2008 roku. Wiemy też, że te wachlarze, które miałyśmy na początku zostały przez kogoś podarowane, ale coraz więcej osób chciało dołączyć do zespołu, więc dziewczyny ze starszych roczników za własne pieniądze kupowały deseczki, materiały i pióra do wachlarzy i samodzielnie je robiły.

Jak wyglądają przygotowania do występów, jak często odbywają się próby?

Raz w tygodniu, potem, jeżeli okazuje się, że jednak musimy dopracować układ to ilość prób się zwiększa. Jedna próba potrafi trwać od minimum 2 do 4 godzin.

Opowiedzcie nam coś więcej o tradycyjnym tańcu z wachlarzami. Skąd się wywodzi, kiedy powstał, kto jest jego twórcą?

Sam taniec buchaechum (부채춤) powstał w połączeniu tańca szamańskiego z tańcem dworskim z czasów dynastii Joseon, i stworzyła go Kim Baek-bong. W 1954 roku został oficjalnie zaprezentowany przez solową artystkę, a po raz pierwszy właśnie w takiej formie jaką możemy dzisiaj podziwiać (w większych grupach) pokazano go podczas Festiwalu Sztuki Ludowej, który odbył się w Meksyku równolegle z Igrzyskami Olimpijskimi w 1968 roku. Wtedy ten rodzaj tańca po raz pierwszy przedstawiło około 20 osób.

Na czym polega taniec z wachlarzami,  co jest w nim najtrudniejsze?

Wydaje się, że to bardzo płynny taniec, ale żeby tę płynność uzyskać trzeba w określony sposób poruszać ciałem, tak więc za tą płynnością kryje się określony ruch rąk, o którym cały czas trzeba myśleć, żeby go wykonać poprawnie. Obrót musimy wykonywać na pięcie nie na palcach, kąty między wachlarzem, a ręką muszą być zachowane. Są takie klasyczne figury jak fala, kwiatek czy obrót, które wykonuje się w określony sposób. Ważny jest też odpowiedni sposób chodzenia- malutkie kroczki na ugiętych nogach. Staramy się tego wszystkiego przestrzegać.

Powoli zagłębiamy się w te wszystkie szczegóły i poznajemy zasady. W miarę jak się tego uczymy to wprowadzamy nowe rzeczy. Zależy nam na tym, żeby być coraz bardziej profesjonalnie.

Jak rekrutujecie nowych członków zespołu? Czy każdy może do niego dołączyć?

Co roku, na początku pierwszego semestru, ogłaszamy nabór i osoby, które się zgłoszą zapraszamy na spotkanie, podczas którego uczymy ich podstawowych figur i wybieramy spośród nich te osoby, które mają najlepsze predyspozycje. Wszystko zależy też od tego ile akurat mamy wolnych miejsc, w danym roku. Oczywiście naszym wymogiem jest to, żeby wszystkie kandydatki były z naszego wydziału. 

To też nie jest tak, że ktoś musi mieć kilkuletnie doświadczenie w tańcu. Wybieramy osoby, które mają predyspozycje i im zależy, bo dbamy o to, żeby jak najbardziej rozwijać nasz zespół. Chcemy, żeby były w nim osoby, które nie robią tego tylko dla jakiś korzyści (punktów), ale jest to po prostu ich hobby.

Czy ten taniec mogą tańczyć również mężczyźni?

Akurat ten rodzaj tańca, który my przedstawiamy, jest przeznaczony tylko dla kobiet. Mężczyźni go raczej nie tańczą, ale są inne rodzaje tańca z wachlarzami, które mogą wykonywać razem i kobiety i mężczyźni, albo sami mężczyźni. Gdyby taka sekcja (męska) chciała powstać, to my jesteśmy bardzo pozytywnie nastawione i chętnie możemy pomóc.


Czy inni studenci kojarzą Wasz zespół?

Sporo osób z innych wydziałów wie o naszym zespole. Podchodzą do nas i pytają czy to my jesteśmy z zespołu z wachlarzami. Wydaje nam się, że jesteśmy coraz bardziej rozpoznawalne i czasami po prostu jak ćwiczymy, bo ćwiczymy głównie na korytarzu naszego uniwersytetu, słyszymy osoby przechodzące korytarzem, które wiedzą kim jesteśmy.

Jakiś czas temu prowadziłyście zbiórkę internetową na nowe wachlarze. Czy w takim razie stroje i wachlarze musicie kupować sobie same, czy ktoś je Wam częściowo sponsoruje?

Na początku miałyśmy jeden hanbok na wzór i każda musiała we własnym zakresie albo zakupić albo uszyć własny. Teraz nawiązałyśmy współpracę z orkiestrą z Korei- Chungnam Korean Traditional Music Orchestra z Cheonan ( 천안시충남국악관현악단 ) i oni w ramach tej współpracy nas wspomogli i ofiarowali się z hanbokami, które sami nam też wysłali, za co jesteśmy im bardzo wdzięczne. W działalności zespołu pomaga nam również nasza uczelnia.

Skąd czerpiecie inspiracje?

Głównie z filmików i nagrań profesjonalnych zespołów. Obserwując te osoby staramy się czerpać inspiracje. Wszystkie układy, które przedstawiamy są naszego autorstwa.

Do jakiej muzyki tańczycie?

Zazwyczaj staramy się tańczyć do muzyki tradycyjnej, ale zdarzyło się nam tańczyć do muzyki z dramy historycznej. Generalnie stawiamy na utwory tradycyjne, żeby osoba, która zna się na tym tańcu nie zarzuciła nam, że nie tańczymy do muzyki przeznaczonej do buchaechum.


Jak widzicie przyszłość zespołu?

Wydaje nam się, że w Polsce nie mamy warunków na to, żeby robić coś w kierunku bycia profesjonalnymi tancerkami, ale gdyby któraś z nas pracowała na przykład w centrum kultury, to w takim miejscu jak najbardziej możemy przygotowywać jakieś prelekcje i pokazywać rzeczy  związane z tańcem z wachlarzami. Nie sądzimy żeby powstało coś takiego jak oficjalny, zarabiający pieniądze, jeżdżący po Europie, zespół koreańskiego tańca składający się z Polek.

W takim razie dlaczego akurat taniec z wachlarzami?

Chodzi nam o to, żeby promować koreańską kulturę, ale nie tylko od strony k-popu, ale własnie też  od strony kultury tradycyjnej. Też jesteśmy zespołem, niekoniecznie tańczymy i śpiewamy jednocześnie,  ale chcemy pokazać światu, że Korea to nie jest tylko k-pop i że jest wiele innych rzeczy, które warto poznać i zakochać się w tej kulturze.

Występowałyście już na różnych związanych z Koreą imprezach. Pamiętacie jakiś swój najbardziej stresujący występ?

Stresujące wydarzenie... chyba Korea Festival i taniec przed Ambasadorem Korei. Chociaż tak naprawdę, chyba każda z nas za najbardziej stresujący uważa swój pierwszy występ.

Jakie macie plany na przyszłość?

Niedawno dostałyśmy zaproszenie na festiwal folklorystyczny w Macedonii, więc jeżeli uda nam się na niego pojechać to czeka nas przed nim dużo pracy.

Dziękujemy za wywiad i powodzenia w dalszej działalności zespołu!

12/10/2018 08:35:00 AM

Koreański w obrazkach

Koreański w obrazkach
Preferowana modalność sensoryczna- inaczej "podstawowa reprezentacja zmysłowa" czyli cecha określająca dominujący u danej osoby rodzaj zmysłu. Wyróżnia się trzy podstawowe modalności sensoryczne: wzrokową, słuchową i kinestetyczną. Zakłada się, że 65% populacji stanowią wzrokowcy. To właśnie treści wizualne powodują wzrost zaangażowania u odbiorcy. Wzrok automatycznie skupia się na poziomie graficznym strony, pomijając komunikaty tekstowe. Co prawda nie potwierdzono doświadczalnie, że można skuteczniej uczyć się wykorzystując preferowane zmysły, ale coś jest na rzeczy. Ja sama określiłabym się wzrokowcem, łatwiej mi zapamiętać i nauczyć się nowych rzeczy gdy je widzę. Nie ma opcji żebym powtórzyła na przykład czyjś numer telefonu po jednokrotnym wysłuchaniu (a dla niektórych to nie jest żaden problem), ale jeżeli podczas słuchania tego numeru wyobrażam sobie obrazki kojarzące mi się z danymi cyframi to go zapamiętam.

Właśnie dlatego byłam bardzo ciekawa nowej książki do nauki koreańskiego wydanej przez Edgard - "Koreański w obrazkach. Słownik, rozmówki, gramatyka" bazującej na metodzie wizualnej (poziom A1-A2). Wszystkie pojęcia są tam objaśnione przy pomocy zdjęć i ilustracji.







Książka jest podzielona na 15 grup tematycznych, w każdym dziale poza słówkami są również ćwiczenia z gramatyki i pisowni.

Jak mi się podoba? Podręcznika używam od tygodnia i ma u mnie za zadanie głównie odświeżyć zardzewiały koreański. Jak na razie się sprawdza, rzeczywiście wyraz skojarzony z obrazkiem łatwiej mi się utrwala. Wszystko jest przejrzyste, stopniowy wzrost poziomu trudności zadań z gramatyki też jest przemyślany. Z tyłu znajduje się oczywiście słowniczek i klucz odpowiedzi.

Dział, który mi się nie podoba, to czas i liczby, rysunki są w nim dobrane trochę na siłę, bo podejrzewam, że twórcy nie wiedzieli jak co zobrazować, ale cyferki w formie ciasteczek moim zdaniem nie pomagają w ich zapamiętaniu.

Druga uwaga to kwestia latynizacji, ale jak już wielokrotnie podkreślałam i na blogu i na naszym facebook'u są to moje prywatne preferencje, po prostu uważam, że łatwiej i szybciej nauczyć się języka koreańskiego bez latynizacji i od samego początku mojej przygody z Koreą tak właśnie się go uczyłam. Zresztą w książce stosowana jest transkrypcja McCune’a-Reischauera (podobno najbardziej powszechna metoda latynizacji języka koreańskiego na świecie), ale w samej Korei Południowej od 2000 roku używa się latynizacji poprawionej (milenijna).

Mimo tych uwag uważam, że jest to książka dobra i szczerze ją polecam. Dla kogoś kto się dopiero zaczyna uczyć koreańskiego będzie na pewno świetnym początkiem. Jest przejrzysta, a proste komunikaty graficzne i duża czcionka ułatwiają korzystanie i szybciej przebijają się do naszej świadomości niż suche komunikaty tekstowe.

Jeżeli ktoś z Was ma już tę książkę to dajcie znać w komentarzach co sądzicie, a jeśli nie, to napiszcie czy Waszym zdaniem taka książka obrazkowa jest lepsza czy gorsza od zwykłego podręcznika?

3/28/2018 05:30:00 AM

Jeju Mokgwana (wcześniej Jeju Goverment Office) - 제주목관아

Jeju Mokgwana (wcześniej Jeju Goverment Office) - 제주목관아
W Jeju City pojawiłam się we wtorek wieczorem. Przywitały mnie palmy, kwitnące drzewa i piękny zachód słońca. Postanowiłam, że następnego dnia zwiedzanie zacznę od najbliższej okolicy. Po szybkim śniadaniu i krótkim spacerze dotarłam do pawilonu Gwandeokjong (관덕정), koło którego odbywał się akurat pokaz łucznictwa. Okazało się, że z okazji odbywającego się właśnie festiwalu, wejście do biura rządu jest za darmo, a w środku przygotowane są różne atrakcje.

Jeju Mokgwana (wcześniej Jeju Goverment Office) na język polski tłumaczy się jako biuro zarządu, ale chodzi po prostu o siedzibę, w której pracowali urzędnicy, w tym konkretnym miejscu od 1392 do 1910 roku. 

Gwandeokjeong Pavilion


Jeju Mokgwana została całkowicie spalona w 1434 roku, szybko odbudowana, ponownie zniszczona za czasów okupacji japońskiej (1910-1945). Obecne zabudowania zostały odrestaurowane w 2002 roku, co było zakończeniem prac wykopaliskowych w tym miejscu (1991-1998). 






Na terenie znajduje się kilka budynków i pawilonów, każdy z nich jest dobrze opisany, w większości znajdują się manekiny, które obrazują czym zajmowali się urzędnicy; od przesłuchań, po ewidencję, do zarządzania.

Najbardziej podobał mi się Hongwhagak- siedziba urzędu wojskowego, który został utworzony na Jeju w 1435 roku. Budynek posiada pięć sekcji z przodu, cztery z boku, dwa filary, podwójne okapy i  ma powierzchnię ponad 155 metrów kwadratowych!





Dzięki dobrej pogodzie byłam w stanie zrobić bardzo dużo ładnych zdjęć i spędzić tam miło ponad godzinę. Polecam na spacer, lunch oraz po prostu aby posiedzieć w miłym otoczeniu. Wewnątrz znajdują się dwie wystawy i można dowiedzieć się dużo ciekawych rzeczy.








Informacje praktyczne:
  • Adres: 25, Gwandeong-ro, Jeju-si, Jeju-do
    제주특별자치도 제주시 관덕로 25 (삼도이동), Korea
  • Dojazd:  Gwandeokjeong Bus Stop, Autobusy: 100, 200, 300
  • Wstęp: dorośli 1500, nastolatki 800, dzieci 500 won
  • Godziny otwarcia: 9:00 - 18:00

3/13/2018 12:26:00 PM

"Córki Smoka" William Andrews

"Córki Smoka" William Andrews
Po długiej podróży do sierocińca w Korei dwudziestoletnia Amerykanka Anna Carlson dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Jednak właśnie w chwili, gdy zdruzgotana kobieta dochodzi do wniosku, że przebyła całą drogę na próżno, tajemnicza staruszka podaje jej paczuszkę zawierającą wiekowy grzebień i kartkę z adresem.

Dzięki temu Anna trafia do mieszkania niezbyt zamożnej, lecz eleganckiej kobiety – Hong Jae-hee, która opowiada jej o niesamowitych wydarzeniach zaczynających się od japońskiej okupacji Korei i Chin podczas II wojny światowej, kiedy to ponad dwieście tysięcy Koreanek zostało niewolnicami japońskich żołnierzy – „kobietami do towarzystwa”. Jae-hee zna tę historię bardzo dobrze: była jedną z nich.

Anna odkrywa, że cenny grzebień ze skorupy żółwia, ozdobiony dwugłowym smokiem z kości słoniowej, pokonał wraz z kobietami w jej rodzinie mnóstwo przeciwności losu. Im lepiej dziewczyna poznaje jego historię, tym bardziej uświadamia sobie, że wraz z grzebieniem trafia do niej dziedzictwo niewyobrażalnej siły charakteru, odwagi, miłości i niezłomności.

Odezwało się do nas Wydawnictwo NieZwykłe z propozycją zrecenzowania książki "Córki Smoka" Williama Andrewsa. Tematyka jak najbardziej odpowiada naszemu blogowi, więc czym prędzej zabrałyśmy się do czytania. Książka opowiada historię Anny, poszukującej swoich biologicznych rodziców, oraz Honga Jae-hee- Koreanki, która była jedną z comfort women. Być może część z Was już o nich słyszała. Były to pocieszycielki, kobiety do towarzystwa (jap. 慰安婦, ianfu), albo często spotykana nazwa ang. comfort women- eufemistyczne określenie kobiet zmuszanych do nierządu przez japońskich okupantów. Liczbę zmuszanych do nierządu kobiet szacuje się na od 50 000 do 30 0000 (nie tylko Koreanki, ale również m.in. kobiety z Chin, Tajwanu, Wietnamu, Malajów i Filipin).

Książkę czyta się dobrze. Jest napisana plastycznym, miejscami dosadnym językiem. Pierwszoosobowa narracja i lekki styl dobrze wchodzą. Przeczytałam ją w zaledwie kilka wieczorów. Historia mnie wciągnęła i chciałam wiedzieć jak potoczą się dalsze losy Jae-hee, bo głównie na niej i sześćdziesięciu latach jej życia się skupiamy. Jednak nie mogę napisać, że jest to książka wybitna, która poruszyła moje serce i poruszy każdego (bo właśnie takie podsumowania zauważyłam w innych internetowych recenzjach).

Miałam z nią kilka problemów, pierwszy podstawowy to tłumaczenie. Powinniśmy się w końcu na coś zdecydować, bo co książka to inna latynizacja. W Korei Południowej obowiązuje oficjalna transkrypcja języka koreańskiego i wydaje mi się, że najlepiej byłoby się jej trzymać, a tak w książce pojawiają się na przykład Ummah i Appah. Jeżeli czyta to ktoś kto ma mało do czynienia z językiem koreańskim i jego transkrypcją, to pewnie nawet nie zauważy problemu i szybko załapie co znaczy które słowo, ale kiedy rocznie czytam kilka książek, w których stosowana jest różna transkrypcja i za każdym razem muszę się przestawiać na "nową wersję" to mnie to po prostu trochę męczy.

Mój drugi zarzut to lekka naiwność tej historii. Zastanawiałam się nawet czy autor nie skończył swojego zbierania materiałów na jednej książce naukowej i kilku artykułach w internecie (Nie, nie skończył, na końcu książki jest bibliografia i zdjęcia z pocieszycielkami, więc podejrzewam, że zbierając materiały miał też szansę z nimi porozmawiać). Wszystko co przydarza się głównej bohaterce i jak wychodzi z opresji jest trochę zbyt niewiarygodne. Kluczowy jest tu grzebień, który ma "magiczną moc", zawsze jej pomoże i popchnie w sam środek ważnych historycznie wydarzeń. Nie wystarczy, że była jedną z comfort women, w między czasie trafi do Korei Północnej i to z bliskim współpracownikiem Kim Ir Sena, spektakularnie będzie uciekać przez granicę, to ona będzie głośno mówić o tym co spotkało ją i inne koreańskie kobiety. W trakcie opowiadania historii pojawi się południowokoreańska policja i zacznie przeszukiwać mieszkanie itd. itd. takich sytuacji będzie więcej. Jednym słowem zawsze będzie w centrum najważniejszych wydarzeń. Wolałabym żeby bohaterka książki była bardziej zwyczajna, skoro jak sam autor wspomina ma reprezentować wszystkie pocieszycielki, wtedy całość byłaby bardziej wiarygodna. Do tego wszelkie sceny dziejące się w strefach komfortu są opisywane bardziej od strony fizycznej, a nie psychologicznej. Wolałabym trochę inaczej rozłożyć akcenty i pogłębić psychologię postaci. Może więcej bym też napisała o  dążeniu głównej bohaterki do upublicznienia informacji o jej losach. A tak, fragmenty o jej pracy jako comfort women są bardzo krótkie i część o jej walce o upublicznienie prawdy o pocieszycielkach jest również bardzo krótka. 

Również w notatce od autora, umieszczonej na końcu książki, jednoznacznie widać jak bardzo jednostronna jest to książka. Pan Andrews analizuje jak bardzo przepraszające lub nie są konkretne, wyrwane z kontekstu japońskie słowa. Powiedzmy jedno, los comfort women był straszny i powinniśmy mówić o tym głośno, jednak taki los spotyka kobiety na całym świecie w każdym większym konflikcie zbrojnym. Wydaje mi się, że autor ma za małe podstawy by dawać sobie prawo do decydowania, że jedna nacja jest gorsza od drugiej, jest bardziej zła.

Żeby nie było tak, że mam do książki same uwagi, ma ona również plusy. Jednym z nich jest bibliografia. Na polskim rynku chyba nie ma książek naukowych na temat comfort women (jeżeli są to podrzućcie tytuły), ale warto sięgnąć po te po angielsku i poszerzyć wiedzę. Czego by nie mówić, "Córki Smoka" to fikcja literacka, oczywiście oparta na faktach, ale nie jest to książka historyczna. Mimo to, jeżeli ktoś nic wcześniej nie wiedział o pocieszycielkach, "Córki Smoka" mogą być dobrym wstępem i zachęcić do wgłębienia się w temat.

Na polskim rynku niedawno ukazała się inna, bardzo podobna książka- "Biała chryzantema" Mary Lynn Bracht (jeżeli ktoś z Was czytał to powiedzcie jak wrażenia).

Tyle ode mnie. Dajcie znać w komentarzach czy czytaliście "Córki Smoka" i co o nich sądzicie. A może czytaliście inne, warte polecenia książki na temat comfort women?
Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger