12/23/2016 09:58:00 AM

Święta w koreańskim stylu - wyniki konkursu

Święta w koreańskim stylu - wyniki konkursu
Święta tuż za progiem, więc dziś bardzo świąteczny post :)

Kilka dni temu ogłosiłyśmy na blogu konkurs, w którym należało odpowiedzieć na pytanie "Jakie z koreańskich dań/zwyczajów/dekoracji wprowadzilibyście do obchodów Świąt Bożego Narodzenia i dlaczego?".

Ku naszej radości zgłosiło się naprawdę wiele osób. Z przyjemnością czytałyśmy wszystkie odpowiedzi i dziś zamieszczamy tu najlepsze z nich. Konkurs zwyciężyła Marika i to jej odpowiedź przeczytacie na początku, Karolina dostała od nas wyróżnienie. Pozostałe odpowiedzi też były świetne i żałujemy, że nie mogłyśmy nagrodzić wszystkich. Zapraszamy do czytania, być może ktoś z Was w praktyce zastosuje, którąś z propozycji na swojej Wigilii :) 

MARIKA

Nic tak nie łączy ludzi jak dobre jedzenie. Z koreańskich przysmaków do obchodów Świąt Bożego Narodzenia wprowadziłabym Songpyeon, ryżowe ciasteczka na kształt księżyca, które jedzone są za pomyślną przyszłość w czasie Chuseok, świąt bliższych naszemu Bożemu Narodzeniu, od Bożego Narodzenia obchodzonego na Wschodzie, pod względem spędzania czasu w gronie rodziny, w akompaniamencie ogromu domowych pyszności. Ciasteczka te przypominają, można by powiedzieć, pierogi, które w tym czasie są u nas jednym z nieodłącznych posiłków każdego świętującego. Ich różnobarwność ożywiłaby rodzinny stół, w dodatku można je pięknie udekorować, nadając im polski akcent, więc proces ich tworzenia byłby ciekawym zajęciem dla mnie, a nuż i domowników! Ponadto, jako podarunek, byłyby czymś wyjątkowym dla dalszych członków rodziny i przyjaciół. 

cr: http://www.korea.net/

Zarówno smak Songpyeon jak i Hangwa to miłe urozmaicenie dla wszelkich tradycyjnych ciast, pierników i kupnych słodyczy. 

Ryba w Wigilię to gość honorowy, dlatego też kolejnym sposobem na przygotowanie jej tego dnia byłoby Saengseon-jeon, szczególnie, że w moim domu zawsze musi być ona przygotowana na kilka różnych sposobów, dla zaspokojenia kubków smakowych. 

cr: www.davita.com

Abstrahując już od jedzenia, bo od tego można poważnie zgłodnieć, następnym punktem jest odwiedzanie grobów zmarłych zwane Seongmyo - to naprawdę piękny zwyczaj. W dzieciństwie zdarzało mi się spędzać Wigilię u dziadków z całą, ogromną rodziną. Niestety od czasu ich odejścia tak już nie jest, więc przyjście na ich grób w ten magiczny czas ogrzałoby nasze serca nawet bardziej niż ciepły posiłek, a pamięć o tych, którzy z nami być już nie mogą, jest bardzo ważna, nie tylko w Święto Zmarłych. 

Koreański Nowy Rok, Seollal, to kolejny czas przypominający bardziej nasze chrześcijańskie święta pod tym samym względem, co Chuseok. Rodziny w tym czasie grają w różne, tradycyjne gry jak na przykład Yut, która stać by się mogła dobrym pretekstem do spędzenia reszty wieczoru wigilijnego bez zwyczajowego wpatrywania się w ekran telewizora. 

Przed całą tą świąteczną zawieruchą można by było przygotować niewielkie lampiony ozdobione namalowanymi własnoręcznie świątecznymi symbolami- śnieżkami, reniferami, czym dusza zapragnie, a nawet maskę Świętego Mikołaja w stylu drewnianych masek koreańskich zwanych po prostu Tal. Lampiony te można byłoby przywiesić jak lampki do okien lub nawet jako małe bombki na choinkę, a maskami przyozdobić ścianę lub najzwyczajniej w świecie buzię. Nie dość, że jest to bardzo oryginalny sposób na udekorowanie domu, to można przy tym spędzić przyjemnie czas i nauczyć się czegoś nowego. W taki oto sposób święta wzbogacić można o cząstkę tego, co tak uwielbiamy - Koreę, nie tylko dla siebie, ale i bliskich. Ponadto, czy otwieranie się na nowe kultury nie jest wspaniałe?

KAROLINA

Święta Bożego Narodzenia to dla chrześcijan jedno z ważniejszych świąt religijnych. Upamiętnia ono narodziny Jezusa Chrystusa. Jest to czas wesoły, gdyż sam Bóg ofiarował nam swojego Syna. Jezus stał się małym, bezbronnym, zapłakanym dzieckiem, abyśmy i my mogli być Dziećmi Bożymi. Dlatego można stwierdzić, iż każdego roku w czasie świąt Bożego Narodzenia w naszych rodzinach pojawia się nowy członek – Jezus.

W kulturze koreańskiej narodziny dziecka to również bardzo ważny moment. Istnieje wiele zwyczajów i przesądów związanych z samymi narodzinami jak i z czasem po porodzie m.in. określanie płci dziecka na podstawie snów czy jedzenie specjalnej potrawy z ryżu tteok (떡) świętując sto dni dziecka. Te zwyczaje jednak „nie pasują” do świąt Bożego Narodzenia, gdyż wiemy, że narodzi się chłopiec, a świętowanie stu dni przypadałoby na czas Wielkiego Postu. Istnieje jednak zwyczaj, który moim zdaniem pasowałby do naszych Świąt, a jest to rozwieszanie sznurka w drzwiach domostwa po narodzinach dziecka. Taki sznurek zwany geumjul (금줄) przyozdabia się papryczkami jeśli urodził się chłopiec, albo igłami sosny jeśli urodziła się dziewczynka. Ma on chronić domostwo przed złą energią i duchami.

cr: http://imnews.imbc.com/

Jak i geumjul tak i Jezus Chrystus chroni nas przed złem. Narodził się on nie tylko na świecie ale i w każdym z nas, by móc się nami opiekować i dać nam szansę na zbawienie. 

SYLWIA

Co wprowadziłabym z koreańskiego jedzenia na świąteczny polski stół? Obowiązkowo kimchi, które rozgrzałoby serce i żołądek każdego przy stole. Nawet jeśli wydawałby się odporny na wszystko, z zimnym sercem, zrzędzący przy stole, itd. - po zjedzeniu takiego najostrzejszego kimchi zapomniałby co to zimno i może chociaż w ten jeden wieczór przemówiłby ludzkim głosem i okazał trochę serca innym? :D Wszak mówi się "przez żołądek do serca" :D 

A w ramach prezentów świątecznych ludzie mogliby sobie nawzajem podarować różne koreańskie słodycze między innymi słynne Pepero. I w sumie co się z tym wiąże, może między sobą, w gronie rodziny i przyjaciół, po Wigilii czy w czasie przerwy świątecznej mogliby grać w "pepero game"? ;) Jakaś to frajda by była i rozrywka, fajna zabawa i dużo śmiechu :)

A z jedzenia do podarunków dodałabym jeszcze różne tradycyjne ciastka koreańskie: yakgwa czy chapssalddeok.

cr: Wikipedia

No, ale już po Wigilii, ludzie najedzeni, kolędy zaśpiewane, więc czemu nie pograć w coś typowo koreańskiego? Na przykład w grę yut? Coś nowego, można przyjemnie spędzić czas w gronie rodziny i przyjaciół a przy okazji "sprzedać" komuś coś koreańskiego? ;) Tym bardziej, że nie trzeba kupować specjalnie (chociaż jako prezent pod choinkę byłoby fajnie coś takiego dostać:P), ale samemu wykonać i po kolacji pograć z rodziną :)

KLAUDIA

Zacznę od rzeczy bez której nie wyobrażam sobie Korei, a mianowicie kimchi. Jestem pewna, że tak jak dla mnie tak i dla pozostałych uczestników konkursu, jest to rzecz "must-have". Podczas polskiego Bożego Narodzenia na wigilijnym stole pojawia się wiele dań opartych, np. na kapuście z grzybami, dlatego taka "orientalna" wersja może być ciekawą alternatywą, a do tego pyszną przygodą dla niektórych członków rodziny. 

Zostając w kuchni... myślę, że można by spróbować wprowadzić na świąteczny stół również Yukgaejang. Koreańskie zupy są dla mnie jednymi z piękniejszych wizualnie, więc pod tym względem idealnie wkomponują się w świąteczną atmosferę. Dodatkowo ciepła, ostra i rozgrzewająca zupa po bożonarodzeniowym spacerze w tak zimną pogodę wydaje się być dobrą propozycją. Innym produktem, tym razem na deser, który warto wprowadzić jest słodkie ciasto ryżowe. Według mnie jest naprawdę dobre, słodkie, a także mogłoby posłużyć za dekorację stołu.

cr: http://cherryonmysundae.com/

Kolejna rzecz, którą od lat sama testuję w swoim domu, to zimowo-świąteczne piosenki. To musi być k-pop. Od początku grudnia co roku w moim domu słychać jedynie oklepane troszkę chwilami tandetne piosenki zimowe. Wprowadzają one wyjątkową atmosferę i w odróżnieniu od "Last Christmas", której większość wolałaby już nie słyszeć więcej, jest to coś oryginalnego. 

Myślę, że na ten moment ciekawym zwyczajem, który warto byłoby wprowadzić w Polsce są pieniądze zamiast kupowania prezentów. Drobny upominek i jakaś suma pieniędzy jest według mnie lepszą opcją od dawania nietrafionych prezentów ... a to się niestety zdaża. W Korei prezenty w takiej formie są na pewno częściej spotykane i warto byłoby to wykorzystać. 

I ostatnia rzecz, o której chciałabym wspomnieć to czynność, która charakterystyczna jest dla innego koreańskiego święta - Chuseok, który z resztą często jest porównywany do zachodniego Bożego Narodzenia. Podczas Chuseok w Korei bawi się w różnego typu tradycyjne gry i zabawy. W tym wypadku nie chodzi może o dokładne kopiowanie chuseokowych gier, ale myślę, że wspólna zabawa np. w gry planszowe całą rodziną pozwoliłaby na miłe i rodzinne spędzenie czasu świątecznego. 

EWA

Od jakiegoś czasu moim mottem życiowym jest "Nie chciej lecz rób". Dlatego koreańskie zwyczaje już w tym roku zagoszczą u nas, mam nadzieję że na stałe. Każde święta w naszym domu są bardzo tradycyjne, może za wyjątkiem 12 potraw ponieważ zazwyczaj jest ich więcej.W tym roku zagości u nas nowa potrawa, kimchi własnej roboty, do którego użyliśmy sproszkowanego chilli prosto z Korei (robionego tradycyjnym sposobem czyli suszone na chodniku :D ) Jedyną rzeczą którą chciałabym mieć na święta, a nie będę miała to piękny Christmas Cake jak w Korei. Niestety moje zdolności plastyczne nie podołają, więc zwyczajne ciasta muszą wystarczyć. W drugi dzień świąt obowiązkowo soju i drama, lub film koreański w rodzinnym gronie (powoli staje się to tradycją). Chciałabym by Polacy na wzór Koreańczyków byli bardziej uśmiechnięci i życzliwi nie tylko w czasie świat, ale cały rok :D. 

cr: http://www.bbcgoodfood.com/

Joanna i Adrianna pomyślały o bibimbapie :)

JOANNA

Jako, że każdy Polak zna świąteczne dania na wylot warto by go czymś jednak w tym specjalnym okresie zaskoczyć. Moja propozycja to danie, które nie tylko smakuje wyśmienicie ale również samo jego przygotowanie dostarcza każdemu dużo radości. Przedstawiam Wam bibimbap! Idealna potrawa, dzięki której członkowie każdej rodziny zjednoczą się przy wspólnym stole. Posmakuje na pewno wszystkim, a składniki nie są skomplikowane. Wymieszanie wszystkich produktów sprawi szczególną uciechę dla dzieci (który maluch nie lubi trochę pomieszać) a także sprawi że dorosły poczuje się jak dziecko.

ADRIANNA

Różne kraje mają swoje obyczaje. Kiedy zasiadasz w Święta Bożego Narodzenia do stołu razem z Polakami, widząc jak prababcia, babcia i mama dwoją się troją aby uszykować 12 przepysznych dań, można sobie wtedy pomyśleć że pomimo tak różnorodnego menu łączy się ono w jedną całość, uściślając ze sobą rodzinę. Tym samy uważam że Bibimbap jest daniem który idealnie przestawia stół polaków i jest daniem, który spokojnie mógłby pojawić się na naszych stołach. Składa się on z kilku różnorodnych składników, a gdy połączy się wszystko ze sobą, tworzy potrawę, równie fantastyczną jak i ciepłą, jak więź miedzy pokoleniami przy jednym stole w czasie Wigilii.

cr: Australian Good Taste - March 2012 , Page 87 Recipe by Jody Vassallo Photography by Ben Dearnley

KLAUDIA

Ja z kultury koreańskiej zaadoptowałabym sposób podawania jedzenia - każdy z gości dostaje miseczkę ryżu, a dania podawane są jako 'side dishes' - tak, by każdy mógł spróbować wszystkiego, a jednocześnie się nie przejeść. Oszczędziłoby to nie tylko świątecznego obżarstwa, ale także szukania ofiary, która zje z tobą ten wielki kawałek sernika 'na spółkę', czy zwykłego marnowania jedzenia (a jak wszyscy wiemy, święta to okres w którym wyrzucamy go najwięcej). 

Poza tym, wiele koreańskich dań z pewnością trafiłoby w podniebienia Polaków. Bo przecież koreańska kuchnia to nie tylko kimchi, które jest dość specyficzne w smaku, czy inne ostre potrawy, ale chociażby kurczak na słodko, który spokojnie mógłby zastąpić schabowego, czy sałatka z makaronu sojowego, która odpowiednio doprawiona, byłaby nie tylko zdrowszym, ale i smaczniejszym wariantem sałatki wigilijnej niż typowa 'jarzynówka' z ogromną ilością majonezu. Moglibyśmy także używać pałeczek do jedzenia, ale nie wymagajmy zbyt wiele na raz ;)

Chętnie także poszłabym do norebangu z rodzinką, by pośpiewać nie tylko kolędy i świąteczne piosenki - mięlibyśmy dostęp do 'profesjonalnego' sprzętu - uruchom podkład, mikrofon w dłoń, w drugą tamburyno, na głowę załóż sobie coś świecącego i można zacząć śpiewać 'Last Christmas'.

Gdy zaś mowa o dekoracjach, to wydaje mi się, że wybór produktów z motywami świątecznymi dostępnych w Azji nie ma sobie równych. Z jednej strony można zauważyć niesamowite dekoracje, z drugiej jednak wolałabym ominąć z daleka cały ten komercyjny szał i cieszyć się świętami z rodziną.

PAULINA

Z racji tego że niestey jestem fanką słodyczy (nie ma dla mnie czegoś zbyt słodkiego ;) to wybieram ciasteczka ryżowe ! Z czerwonąą fasoląąą..... mmmm.... Kiedyś w Korei robiono je tylko na specjalne okazje bo ich przygotowanie zajmowało dużo czasu - dokładnie tak jak to nasze prababcie, babcie i mamy (w sumie to cała rodzina) przygotowuje dania na ten specjalny dzień sporo czasu wcześniej. Można by sie taką nadzianą kluseczką dzielić zaraz po opłatku ponieważ według tradycji biała warstwa kluseczki ma zapewnić zdrowie i długie życie, a czerwona (ciemna) odpędzić niepowodzenia i złe duchy. Dokładnie tego samego życzymy sobie podczas dzielenia sie opłatkiem - przede wszystkim zdrowia i szczęścia/ powodzenia w życiu - żeby nas sie te złe duchy nie trzymały :D  

PS. 떡뽂이 w czerwonym sosie na stole wigilijnym to też mocny konkurent :) ale jak wspominałam- u mnie słodkie wygrywa :)

ANIA

Ja bym wprowadziła 떡볶이 jako jedno z dań. Dla różnorodności brakuje mi na stole czegoś rozgrzewająco pikantnego, a mąka ryżowa byłaby fajną alternatywą dla wszystkich naszych mącznych dań. Przede wszystkim zaś to danie w bardzo przyjemny sposób zapewniłoby mi możliwość zjedzenia czegoś rybnego (bardzo nie lubię karpia) bo są w nim fish cakes, a i z praktycznej strony powinno wszystkich zadowolić, bo dobrze się odgrzewa. Poza tym te kluchy w czerwonym sosie nawet wyglądają świątecznie, cieplutko i zimowo.

cr: http://jkjk.dothome.co.kr/

MAŁGOSIA

Do obchodów Świąt Bożego Narodzenia (jak i każdych innych okazji do wszelkich spędów i wizyt) wprowadziłabym dawanie owoców na prezent, jak i częstowanie przychodzących gości owocami. W Polsce przeważnie dajemy w prezencie czekoladę czy alkohol. Odwiedzających ugaszczamy kawą i ciastkiem. Wydaje mi się, że ta mała zmiana dałaby zauważalny efekt. Można by szaleć i wymyślać ciekawe zestawienia, czy nawet robić wspólnie owocowe sałatki. Poza naszym zdrowszym ciałem i lepszą figurą, to o owocach myślanoby z uczuciem. Kto wie, może to owoce zajęłyby miejsce czekolady w "czekolada nie pyta, czekolada rozumie." :)

PS. Pomysł prawdziwego Norabang, świątecznie przystrojonego, gdzie możnaby kolędować do woli (czyt. mordować Last Christmas do oporu) też brzmi zachęcająco :)

cr: flower-korea.com

ALICJA

Z chęcią wprowadziłabym do naszej świątecznej tradycji nakaz jedzenia pałeczkami podczas Wigilii. Widzę w tym same plusy :D Po pierwsze rodzinka jadłaby wolniej, więc skończyłby się wieczny problem ze zbytnim objedzeniem świątecznym. Poza tym nareszcie nikt nie startowałby ze mną w wyścigach na jedzenie pierogów na czas :D Gdyby dodać do tego ten imponujący sposób hojnego dekorowania miast milionami lampeczek jak w Seulu - Święta byłyby jeszcze bardziej magiczne niż zazwyczaj!

MARTA

Myślę, że Święta Bożego Narodzenia mogłyby być jeszcze lepsze i radośniejsze, gdyby w naszych domach zamiast bigosu robione było kimchi (김치) - nie chodzi tu tylko o smak i unikatowość tego dania, ale przede wszystkim o złożony proces jego przygotowania - czy coś może wprawić najbliższych w lepszy humor i sprawić szerszy uśmiech na twarzy, niż wspólne ugniatanie kapusty w wannie lub w miskach, urządzanie konkursów, kto najszybciej skończy? :D Uważam, że to byłby świetny sposób na wyzbycie się wszelkich negatywnych emocji przed Wigilią. Dodatkowo, myślę, że domowy Norebang (노래방) również byłby ciekawą alternatywą dla tradycyjnego kolędowania! A ze względów praktycznych miło by było, gdyby goście od razu przed wejściem do pokoju zdejmowali buty, a gospodarze w zamian za to dawali każdemu urocze kapcie z choinką, Św, Mikołajem, czy też reniferem.

DARIA I KASIA - MY OPPA'S BLOG

Z naszej strony chcemy Wam życzyć zdrowych, wesołych, pogodnych i spędzonych w rodzinnym gronie Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego Nowego Roku. Widzimy się już w przyszłym roku z jeszcze większą dawką Korei :)

12/21/2016 11:21:00 AM

5 powodów dla których powinniście natychmiast zacząć oglądać 도깨비 (Goblin)

5 powodów dla których powinniście natychmiast zacząć oglądać 도깨비 (Goblin)
Nigdy bym nikomu nie poleciła dramy, która jeszcze trwa, gdyby nie była wybitna. Dopiero 6 odcinków, a ja już piszę tego posta, bo nawet gdyby od następnego wszystko się zepsuło, to warto obejrzeć chociaż te sześć. 

Ostatnio polecałam Wam Lucky Romance, obie dramy są super i ciężko mi będzie wybrać najlepszą, ale Goblin to zupełnie co innego, inny rodzaj emocji. Też jest dużo humoru i można się pośmiać, ale na razie historia jest smutna. Gong Yoo robi takie oczy, że mam ochotę go adoptować (nie tylko z tego powodu^^), ale gdy się uśmiechnie to dosłownie jakby rozganiał chmury. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, ale na razie głównie się wzruszam i martwię. Boję się, że coś się popsuje, a już w ogóle najbardziej się boję, że cała drama skończy się źle (błagam! NIEEeeeeee!!!!!!1111oneoneone)

ja podczas oglądania tej GŁUPIEJ dramy <3

Nie będę zdradzała zbyt dużo z fabuły, to dopiero 6 odcinek i dużo rzeczy może mi się wydawać, a rozwiną się zupełnie inaczej. Koniecznie obejrzyjcie. Poniżej 5 powodów aby od razu to zrobić.

1. Gong Yoo

hehehe....hihihihi....huhuhuhu...ahahaha...chlip chlip chlip :d

PRZEPROŚ!

Ojej no, kurcze, czy ktoś nie zna 커피 프린스 (coffee prince)? Jeśli nie, to proszę w tym momencie nadrobić braki, bo ta drama to dzieło sztuki, to znaczy Gong Yoo w sumie to dzieło sztuki, ale rozumiecie.


Gong Yoo (공유), tak naprawdę urodził się jako 공지철 w 1979 roku w Busanie. Ma 37 lat i nie ma żony (ważna informacja). W dramie gra tytułowego Goblina, który ma ponad 900 lat, ale przestał się starzeć właśnie w okolicy wieku Gong Yoo, więc  aktor gra osobę w swoim, powiedzmy, wieku :D 

Od dawna odrzucał role w dramach, a od tej konkretnej scenarzystki* nawet kilka razy, więc tym bardziej się cieszymy. To dobry i doświadczony aktor, więc przekonuje zarówno w poważnych jak i zabawnych scenach, po prostu można go oglądać i oglądać.

BOOM, pregnant

2. OST

O kurcze, tak bardzo jak nie wiem, która drama będzie w tym roku moją ulubioną, tak wiem, że z OSTem nie będę miała problemu.


Mam już rozpisane każde słowo tej piosenki i nucę (a czasami bardzo głośno śpiewam) nawet partie Chanyeola :D Reszta też jest super: 1, 2, 3.

Na razie bohaterowie mają więcej trosk niż radości (chociaż tej też mają sporo!), więc muzyka jest wzruszająca (*_*)

3. Bromance

Mam problem z napisaniem tego posta XD To zbyt emocjonujące. Wyobraźcie sobie, że szukanie dobrego gifa z Gong Yoo, sprowadza się to do tego, że zamiast robić coś sensownego spędzam 30 minut na uderzaniu się po twarzy, chichraniu się sama do siebie i przeglądaniu hasła "Gong Yoo gif" w google grafika. SHAME SHAME SHAME! 


Szukanie gifów z Gong Yoo i Lee Dong Wookiem to podwójna męka! Ale gdyby nie post, to bym nie miała wymówki, więc jakoś to przeżyję :D 

Goblin i Grim Reaper (w sumie Grim Reaper to po prostu Śmierć, ale w tym świecie śmierci jest wiele. Pracują jak urzędnicy i mają różne moce), mają mega chemię, ich relacja jest oparta na ironicznych wrzutach i przekomarzaniu się. Oczywiście obaj z czasem zaczynają się lubić i już zaczyna być widoczne, że się o siebie, powiedzmy, troszczą. Ich rozmowy są bezbłędne.





Używanie magii do sprzeczek sprawia, że są jeszcze zabawniejsze- latające talerze, czytanie sobie w myślach, jest duże pole do popisu. Obaj są przeklęci, wydaje się, że obaj nie mają szansy na happy end, ale mam nadzieję, że ten scenariusz nie zostanie zrealizowany. 

4. Kim Go Eun

Obsada jest zdecydowanym plusem tej produkcji, Kim Go Eun gra główną bohaterkę, kobietę, która ma wyzwolić Goblina z klątwy, pod którą się znajduje. 


Go Eun ma 25 lat, a grana przez nią bohaterka 20 i to w sumie jedyne zarzuty co do tej dramy, zbyt duża różnica wieku między głównymi bohaterami. Po pierwsze, tak naprawdę Goblin ma ponad 900 lat, więc tak, różnica jest duża! Po drugie, to dopiero 6 odcinek i nie wiadomo czy nagle akcja nie przeniesienie się do przodu (często tak jest gdy aktorka na początku gra młodszą niż jest, aby później wcielić się lepiej w starszą). Zobaczymy co będzie! :)

*crying my eyes out*

Kim Go Eun uwielbiam od czasu Cheese in the trap. Do tej pory grała głównie w filmach, ale moim zdaniem świetnie pasuje do dram, jest naturalna i bardzo uzdolniona, gra zupełnie inną osobę niż w poprzedniej dramie. Całkowicie mnie kupiła. Poza tym jeśli miałabym wskazać najładniejszą koreańską aktorkę, czy to co najbardziej podoba mi się z koreańskiej urody, to wskazałabym ją.

5. Gong Yoo.

Oho! Niespodzianka! Tak! Znów Gong Yoo. 



Obejrzenie każdej dramy z tym aktorem powinno być na Waszej liście postanowień noworocznych (o ile jeszcze ich nie widzieliście :D). 


Żarty na bok! To naprawdę dobra drama, dobrze napisana, z ciekawym plotem, na razie mało banałów i niesamowicie inteligentne dialogi.


*zmiana po komentarzu, było reżyserki :)

12/15/2016 08:26:00 PM

크리스마스 - prezenty + konkurs

크리스마스 - prezenty + konkurs
메리 크리스마스 ! 

Kolejne Święta tuż tuż. Jeżeli tak jak ja, kupujecie na ostatni moment i często nie wiecie co komu sprezentować, przesyłam kolejne wskazówki dla rodzin azjatomaniaków i podróżników :) Rok temu pod choinką znalazłam kilka super książek, o których pisałam w poprzedniej edycji, więc sadzę, że w tym roku też mam szansę na koreańskie gadżety. 


1. Korean Family Foods, ebay
2. Japońskie półsłodkie wino śliwkowe Choya, allegro
3. Foremka do ciastek czarodziejka z księżyca, etsy
4. Japońskie drewniane miseczki, etsy
5. Ciasteczka lub foremka Kokeshi, etsy
6. Kit kat zielona herbata, allegro


Jeśli chcecie na poważnie zaangażować się w koreańskie gotowanie, to niestety nasze, co prawda super, ale nadal nieprofesjonalne przepisy, nie zaprowadzą Was w upragnione miejsce. Polecamy zakup dobrej książki, napisanej przez Koreańczyka, a najlepiej przez ahjume :D Korean Family Foods to dobry start, dużo przydatnych informacji, ładne zdjęcia i przystępna cena. Dla ciasteczkowych potworów foremki i kit katy, a dla dorosłych pyszne wino.


1. Czapka Seoul, etsy
2. Koszulka z orientalnym wzorem, ZARA
3. Kolczyki origami, etsy
4. Wzorzysta koszula, Mango
5. Orientalna torebka/portfel, etsy
6. Kimono we flokowane gałęzie, OYSHO  


Na szczęście zainteresowanie Azją nadal się utrzymuje i w wielu polskich sklepach znajdziecie ubrania inspirowane kulturą tego kontynentu. Kimono nadal się nosi, motywy gałęzi, kwiatów, bambusa i żurawi nadal są obecne. Do tego polecamy dodatki; ładne kolczyki i czapka dla przebojowej osoby: Seoul + hangul. 


1. Pasek do apartu z motywem map, etsy
2. Power bank z Totoro, allegro
3. Przewodnik po Korei, Lonely Planet, allegro
4. Traveler's Notebook, Escribo
5. Poduszka na kark, etsy
6. Kosmetyczka z logo lotniska Incheon, Airportag

Traveler's Notebook to duża inwestycja, ale się zwraca- dziennik z wymienianymi wkładami, który możecie zaprojektować pod swoje preferencje. Warto też mieć przewodnik po Korei, te Lonely Planet polecam, bo zawierają więcej opisów niż zdjęć i można się na prawdę dużo dowiedzieć. Gadżety, czyli power bank i kosmetyczka  to drobiazgi, których normalnie bym sobie nie kupiła, więc tym bardziej fajnie by było je znaleźć pod choinką. 


1. Talerzyk z nadrukiem, H&M Home 
2. Taśma washi, sushi, Zanshin  
3. Japońskie kadzidełka "Światło księżyca", Zanshin
4. Zestaw kubków z okazji Dnia Niepodległości, Starbucks Korea, ebay
5. Świeca w kształcie pagody, ZARA Home 
6. Pudełko w stylu orientalnym, ZARA Home 

Ładna porcelana, czy to w postaci słodkiego talerzyka, czy ozdobnego kubka, zawsze jest mile widziana. Kadzidełka i świeczki mają swoich fanów, ale ze zgrabnego pudełka w zdecydowanym kolorze ucieszy się prawie każdy. 


1. Maseczka nawilżająca z zieloną herbatą, Mizon
2. Luterko Lioele, Azjatycki zakątek 
3. Spray Aloe Vera od Nature Republic, amazon 
4. Krem BB od Holika Holika, Azjatycki zakątek 
5. Koloryzująca woda/tint Peripera, Azjatycki zakątek 
6. Krem BB w poduszeczce, JUUI 


Nie jestem wielką znawczynią kosmetyków, więc na pewno znalazłyby się lepsze produkty, ale te są sprawdzone (poza lusterkiem :D) i szczerze je polecam. Aloe Vera w sprayu, dla tych, którzy nie bardzo lubią się smarować, a nadal chcą aby ich skóra była dobrze nawilżona, 92% tego produktu to aloes. Krem BB "sweet cotton" niestety nie pachnie watą cukrową, ale dobrze kryje i mimo tego, że zawsze mam problemy z doborem koloru to tu się udało za pierwszym razem.

Mam nadzieję, że uznacie moją listę za ciekawą i jak co roku, zachęcam Was do wysyłania swoich propozycji i sklepowych znalezisk. Azja na szczęście nadal jest popularna, więc co chwile można natknąć się na coś fajnego.



KONKURS

Jeśli tak jak my, nigdy nie macie dość koreańskich i azjatyckich gadżetów, to mamy dla Was konkurs. Do wygrania świąteczna paczka niespodzianka. W środku na pewno coś do zjedzenia, jakiś kosmetyk, coś z kategorii domowej, trochę informacji o Korei, może jakieś materiały do nauki koreańskiego? 

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy napisać do nas (via mail, facebook lub komentarz) jakie z koreańskich dań/zwyczajów/dekoracji wprowadzilibyście do obchodów Świąt Bożego Narodzenia i dlaczego. Najciekawsza odpowiedź (wybrana przez profesjonalne Jury złożone z nas i naszych rodzin :D) zostanie nagrodzona świąteczną paczką.

Na odpowiedzi czekamy do poniedziałku do północy. Powodzenia i Wesołych Świąt!

12/14/2016 07:22:00 AM

Kimchi dla leniwych

Kimchi dla leniwych
Jestem leniem. Lubię gotować i wypróbowywać nowe przepisy (w tym oczywiście koreańskie), ale zawsze trafia się tak, że gdy jest mi potrzebne kimchi to nie mam go pod ręką. Nie chce mi się też poświęcać czasu na jego robienie, więc zazwyczaj marudzę i kończy się na tym, że w ostatniej chwili zmieniam koncepcję na obiad, obiecując sobie, że kiedyś na pewno zrobię to nieszczęsne kimchi i będę je mieć zawsze pod ręką. Obiecuję, ale nigdy tego nie robię.

Z pomocą przybył mi jirosan.pl, dzięki któremu na mój stół trafiło świeżutkie, jeżeli można tak powiedzieć o marynowanej kapuście, kimchi.

Jak pewnie część z Was wie, kimchi jest tradycyjnym daniem koreańskim, w którego skład wchodzą marynowane warzywa, zazwyczaj bazę stanowi kapusta, ale może być to też na przykład rzepa czy ogórek. Kimchi JiroSan w 70% składa się z kapusty pekińskiej i bazuje na starym rodzinnym przepisie Joe Jeongje, przyjaciela właścicieli.

Czy mi smakuje? Tak. Czy posmakuje wszystkim? Nie. Zrobiłam rodzinny test i reakcje były skrajne. Ja jestem zadowolona, ale wśród testerów były zdecydowane głosy na nie, umiarkowana aprobata, ale również zdecydowane tak, kończące się wyjedzeniem połowy słoiczka. Jedząc je na początku byłam trochę zaskoczona, niby kimchi, ale jednak w smaku trochę inne niż te, które jadałam, takie bardziej... polskie. Polska kapusta kiszona zrobiona w wersji na ostro z dużą ilością chili.

Sklep oferuje jeszcze dwa inne rodzaje kimchi- Kimchi Vege i Ogórki Kimchi, więc je też zamierzam sprawdzić, być może podpasują moim rodzinnym przeciwnikom standardowej wersji.

W moje ręce trafił też jeszcze jeden produkt od JiroSan - herbata Jujube z miodem Ottogi, chociaż herbatą zdecydowanie nie jest, w składzie nie ma jej ani grama. Jak nazwa wskazuje jej bazę stanowią owoce jujuba (głożyna pospolita/daktyl chiński) oraz miód, a sam produkt ma konsystencję delikatnej konfitury. Jak określić ją jednym słowem... pyszna! Takie "herbatki" pijałam już wcześniej w Korei, ale wybierałam bardziej oczywiste połączenia- miód i cytryna, miód i imbir, a okazuje się, że niepozorne chińskie daktyle też są przepyszne. Dodatkowo kiedy przeczytałam jak zdrowe są, jujuba stała się moim codziennym początkiem dnia (i to nie tylko w kubku, wylądowała też kilka razy na kanapce ;) ). Owoce głożyny są świetne dla osób przemęczonych i o niskiej odporności, czyli idealnie nadają się na naszą w tym momencie niezdecydowaną zimę i ciągłe zmiany temperatur. Daktyl chiński poprawia pracę wątroby i serca, oczyszcza organizm z toksyn, poprawia wygląd skóry, wzmacnia kości... w skrócie po prostu jest zdrowy, a przy tym smaczny.

To TA kanapka z herbatą ;)

Jestem naprawdę zadowolona ze znalezienia JiroSana w odmętach internetu. Poza kimchi i herbatą, mają w ofercie wiele innych produktów kuchni azjatyckiej, w większości koreańskie, więc pewnie nie raz będę ich gościem. A Wam czego brakuje z azjatyckich przysmaków w osiedlowych sklepach?

12/09/2016 11:43:00 AM

Korponoc - filmowa noc ludzi pracy / Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Korponoc - filmowa noc ludzi pracy / Festiwal Filmowy Pięć Smaków
Polskim korporacjom, nawet polskim oddziałom zagranicznych korporacji, jeszcze daleko do stylu pracy Azjatów, ale już coraz częściej możemy czytać o korposzczurach, Mordorze na Domaniewskiej czy ludziach, którzy psychicznie nie wyrabiają, rzucają wszystko i jadą w Bieszczady. Jako osoba, która 7 lat spędziła w Mordorze na Domaniewskiej, pracując dla amerykańskiej korporacji, wiedziałam, że nie może mnie zabraknąć na Festiwalowej korponocy. 

Wraz z koleżanką z pracy (też po traumie w korpo) postanowiłyśmy najpierw nabrać energii wykorzystując zniżkę we współpracujących z festiwalem restauracjach i pójść na obiad do WI-TAJ; wietnamsko- tajskiej restauracji znajdującej się przy Placu Konstytucji.

Będąc już pod kinem przypomniało się nam, że w końcu zapomniałyśmy powiedzieć, że mamy zniżkę, ale i tak było warto. Do WI-TAJ będziemy wracać :)

Do kina Muranów, w którym odbywał się maraton, dotarłyśmy 10 minut przed początkiem pierwszego filmu, ale całkiem przypadkiem udało nam się zająć dobre miejsca. Wydawało mi się, że trzy filmy to może być za dużo, ale ich dobór był bardzo dobry. Mocne uderzenie, później coś bardziej do myślenia i na koniec wielki koreański hit, który nie pozwolił nam zasnąć i podtrzymał zainteresowanie publiczności.

ATAK SERCA / Heart Attack, Tajlandia 2015, 124'

Czas to pieniądz, życie to praca, sen to fanaberia, a organizm może przecież składać się w 70% z kofeiny (pozostałe 30 to tanie żarcie z kiosku na najbliższym skrzyżowaniu). Yoon to mistrz Photoshopa, pogromca dedlajnów i kandydat do kontraktu dekady, dającego szansę na pracę dla japońskiego kontrahenta. Jedyne co przeszkadza ambitnemu retuszerowi, to dokuczliwa wysypka, której nie da się pozbyć z własnej skóry jednym kliknięciem myszki. Kiedy zdecyduje się w końcu wybrać do lekarza, za drzwiami gabinetu spotka uroczą, lecz zasadniczą dermatolożkę, która postawi przed nim najtrudniejsze zadanie: odpoczynek. (opis z festiwalowej www)


Nasz faworyt! Bardzo podobały mi się wnętrza, gra aktorska i to jak dobrze zostały zobrazowane rozterki freelancera. Z wywiadu z reżyserem, który odbył się po projekcji, dowiedzieliśmy, że zdecydowano się na profesjonalnego aktora, który potrafił oddać zmienność emocji granej przez niego postaci. Zasłużenie jest nagradzany, wszystkie emocje były czytelne i czułam, że wiem dlaczego przeżywa tyle problemów i mimo, że zachowywał się czasami dziwnie, jego argumentacja była uzasadniona. Taki jest freelance, trzeba brać co dają, bo można wypaść z rynku. Mimo poważnego problemu film został nakręcony z przymrużeniem oka, jest narracja, ciekawe wstawki, przejścia oraz czarny humor, który doprowadzał do śmiechu całą salę. Zdecydowanie polecam.

MIŁOŚĆ ZA STO JENÓW / 100 Yen Love, Japonia 2014, 113'

Ichiko: przypadek beznadziejny. Trzydziestodwulatka bez perspektyw na przyszłość, gnieżdżąca się z rodzicami w niewielkiej klitce, od czasu do czasu wypełzająca na światło dzienne w niezmiennie poplamionych i powyciąganych ubraniach. Kiedy do rodzinnego domu wprowadza się z synkiem rozwodząca się siostra, konflikt jest nieunikniony. Żeby móc mieszkać samodzielnie, Ichiko zatrudnia się w sklepie "Wszystko za 100 jenów"; jak się okazuje, w pobliżu znajduje się klub, w którym trenuje całkiem przystojny bokser. Film Masaharu Take, wielki przebój kina niezależnego i japoński kandydat do Oscara, to przejmująca opowieść o boksowaniu się z życiem i nieoczekiwanie odkrytej woli walki.

W tym filmie najbardziej podobał mi się klimat. Japonia, którą już poznałam i  codzienność, która nadal wydaje mi się bardzo orientalna. Ładne ujęcia są dużym plusem tej produkcji, ale były momenty gdzie miałam uwagi do montażu, długości pewnych scen lub kolejności przedstawiania zdarzeń. Film był dobry, ale jeśli miałabym dokonać wyboru, to ten podobał mi się najmniej. Zakończenie do zmiany (:D), ale rozumiem zamysł. Może za bardzo niszowe jak na moje gusta?

Po tym filmie odbyła się dłuższa przerwa, podczas której zaproponowano nam poczęstunek. Sushi rolls, makaron i napoje. Udało nam się załapać na pyszne sushi <3


Ostatni film to Koreański Train to Busan, na który czekałam bardzo długo. Gong Yoo Oppa jest z Busanu i ma tam rodzinę, więc pewnie jechał kilka razy tym pociągiem :D Nie czytałam wiele o tym filmie, chciałam mieć niespodziankę i powiem Wam, że się udało, byłam zaskoczona.

TRAIN TO BUSAN / Korea Płd 2016, 118'

Seok Woo jest przepracowanym, egoistycznym managerem w dużej seulskiej korporacji. Odeszła od niego żona i nawet córeczka nie chce z nim spędzić swoich urodzin – woli jechać do mamy do portowego Pusanu. Seok Woo nieoczekiwanie postanawia zawieźć ją tam osobiście. Wsiadają do szybkiego pociągu KTX, dumy Korei, i ruszają w drogę na południe.


Tymczasem ludzie wokół zaczynają się dziwnie zachowywać – wiele wskazuje na to, że w kraju wybuchła wyjątkowo gwałtowna epidemia zombie. Świat szybko zamienia się w piekielny chaos, a kto się nie schowa dołącza do masy ożywionych trupów. Zarażone osobniki trafiają także do rozpędzonego pociągu, jazda będzie więc dramatyczną walką o przetrwanie i prawdziwym testem na człowieczeństwo.


 
Gong Yoo jest dobrym aktorem, grał wiele różnych postaci i ostatnio częściej go widać w poważnych filmach niż ckliwych dramach (chociaż jego nowa drama pobije chyba wszystkie rekordy popularności - polecam. Goblin), ale nie widziałam w nim egoistycznego managera tylko zagubionego Oppę. Jego bohater przechodzi przemianę i oczywiście jest pozytywną postacią, ale pokazanie tej zmiany było istotne, bo to praca zrobiła z niego taką egoistyczną osobę.

Film jest na poważnie, ale nas (i część publiczności) trochę śmieszył, bo jednak zombiaki? w Korei? :D Był poruszający i przyznaje się, płakałam, ale to film w stylu koreańskiego show biznesu, robi wrażenie i składa się ze scen, które mają wywrzeć określoną reakcję.

Na zakończenie kupiłyśmy sobie festiwalowe torby i nawet teraz gdy widzę kogoś z jakimś gadżetem z małpą to czuję nić porozumienia :D


Jak zwykle organizatorzy stanęli na wysokości zadania, z roku na rok jest coraz lepiej, filmy są dobrze dobrane, a różnorodność propozycji pozwala trafić do coraz szerszej publiczności. Nawet osoby nie zainteresowane Azją trafiły na filmy, koncerty lub dyskusje. Z wielu stron dostawałam informacje o festiwalu ("A wiesz, że jest taki azjatycki festiwal?" :D) i nie były to tylko osoby interesujące się kinem lub kulturą Azji.

Dziękujemy i czekamy na następną edycję.

12/02/2016 07:37:00 AM

Korea w Pięciu Smakach

Korea w Pięciu Smakach
Tak jak zapowiadałyśmy czas na drugi post o festiwalu Pięć Smaków. W tym roku jedną z sekcji stanowiło kino Korei Północnej, które nie jest zbyt często obecne na festiwalach, więc była to najprawdopodobniej jedna z nielicznych okazji kiedy miałyśmy szansę zobaczyć te obrazy na dużym ekranie. Prezentowane były cztery filmy, dwa z lat osiemdziesiątych oraz dwa nowsze i to własnie te ostatnie wybrałyśmy.

Na pierwszy ogień poszedł "Mały domek na froncie" z 2013 roku. Opowiada historię Ryom Mina, lekarza pracującego z oddaniem w jednostce wojskowej i roztaczającego troskliwą opiekę nad żołnierzami armii rewolucyjnej. Do pomocy zgłasza się Thae Ung, który właśnie ukończył studia uniwersyteckie i jest pod ogromnym wrażeniem odpowiedzialności opiekuna i niemal rodzicielskiej uwagi, jaką poświęca on wojskowym. Jego praktyka to nie tylko medyczne umiejętności, ale też ogromne serce, poczucie misji i wysokie standardy etyczne: zawsze stawia życie podopiecznych nad swoje własne.

Film jest wręcz sztandarowym przykładem tego czego oczekujemy myśląc o filmach z Korei Północnej. Poświęcenie dla kraju, budujące pieśni i slogany wychwalające mądrość Wielkiego Wodza. Propaganda na każdym kroku jest wręcz rozbrajająca i kilkukrotnie sala wybuchała gromkim śmiechem.


Kolejny północnokoreański obraz jest trochę inny. "Towarzyszka Kim w przestworzach" z 2012 roku to koprodukcja Korei Północnej, Belgii i Wielkiej Brytanii. Ta urocza bajka o górniczce, która marzy o zostaniu cyrkowcem, to ujmująca historia o realizacji marzeń, determinacji i emancypacji. Nawet kobieta może zrealizować w Korei Północnej swoje marzenia. Obraz jest wręcz cukierkowy, pełen radosnych uśmiechów i kolorów. 

Film jest z wielu względów wyjątkowy. Został zrealizowany w Korei Północnej, z udziałem lokalnych aktorów i ekipy filmowej, postprodukcja miała miejsce w Chinach i Belgii. Ma trzech reżyserów: belgijską reżyserkę Anję Daelemans, Brytyjczyka działającego od lat w Korei – Nicholasa Bonnera oraz Kima Gwang-huna, znanego w północnokoreańskim przemyśle filmowym z obrazów o tematyce militarnej. Film okazał się na tyle dużym sukcesem w kraju i za granicą, że obecnie trwają prace nad serialem, ukazującym kulisy jego produkcji.


Jak podkreślał reżyser- Nicholas Bonner, nie jest to film dla nas, to film nakręcony w Korei Północnej, dla jej mieszkańców. Nie zobaczymy tu prawdziwego życia, czy obozów pracy. To film komercyjny, który po prostu ma bawić. Z naszej perspektywy ten obraz jest po prostu uroczą, nieskomplikowaną historią o realizacji marzeń, chociaż oczywiście nawet ona nie ustrzegła się przed odrobiną propagandy i pochwał dla klasy robotniczej.

Dla równowagi wybrałyśmy się również na filmy z Korei Południowej i tu porównania do tegorocznego Warsaw Korean Film Festival będą nieuniknione. Festiwal filmów koreańskich odbył się niecały miesiąc wcześniej, ale oba wydarzenia dzieli przepaść. Trudno porównywać raczkujące przedsięwzięcie (to dopiero druga edycja Warsaw Korean Film Festival) z 10 edycją Pięciu Smaków, pełną filmów, retrospektyw, spotkań z twórcami i wydarzeń towarzyszących. Mamy nadzieję, że i festiwal filmów koreańskich kiedyś dojdzie do takiego poziomu. Na razie możemy jedynie dyskutować nad wyborem filmów na każdym z wydarzeń.

Na obu zdecydowano się na obrazy reżysera Hong Sang Soo, na Pięciu Smakach było to "Twoja i nie tylko twoja" z 2016 roku. To moje kolejne już do niego podejście i kolejna próba zrozumienia jego kina. Tym razem też się nie udało, wszystkie filmy tego reżysera wydają mi się łudząco podobne, pełne rozmów o niczym. Film ma czerpać inspiracje z „Mrocznego przedmiotu pożądania” Luisa Bunuela i dopiero to porównanie rzuca inne światło na cały obraz i sens opowiadanej historii. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal nie przekonałam się do twórczości Pana Honga i nie doceniam smaczków w postaci picia piwa zamiast soju (w przeciwieństwie do pozostałych jego filmów). Z jakiegoś powodu jego filmy są jednak uwielbiane na europejskich festiwalach.


Kolejnym wybranym przez nas filmem jest "Lament" (2016). To dobry, nawet bardzo dobry film, jedna z lepszych koreańskich produkcji tego roku. To historia poczciwego policjanta z sennej wioski, gdzieś na koreańskiej prowincji, w której dochodzi do szeregu gwałtownych i szokujących zgonów - być może morderstw. Jakby tego było mało, część mieszkańców zaczyna zdradzać oznaki tajemniczej, prowadzącej do szaleństwa choroby, również córeczka głównego bohatera. Komu zaufać? Tajemniczej ubranej na biało kobiecie? Szamanowi? A może budzącemu niepokój przybyszowi z Japonii? 


Film wywołuje ciarki i prowokuje do dyskusji. Nie bez przyczyny tajemniczy przybysz jest Japończykiem, antagonizmy pomiędzy Koreą Południową, a Japonią są wciąż żywe. Film gorąco polecamy.


Pięć Smaków i pięć (na razie cztery ;) ) różnych filmów koreańskich; propagandowy film wojenny, historia o realizacji marzeń, dramat obyczajowy o miłości, mroczny horror i... film o zombi, ale o nim przeczytacie już w kolejnym poście. Widzieliście któryś z nich? Znacie inne koreańskie filmy warte polecenia?

11/28/2016 07:01:00 PM

Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2016

Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2016

Koniec listopada i koniec festiwalu Pięć Smaków (O wcześniejszych edycjach możecie przeczytać TUTAJ-2014 i TUTAJ-2015). To jeden z tych festiwali, w których z przyjemnością biorę udział co roku i co roku staram się tak zaplanować czas żeby trafić na jak największą ilości seansów i spotkań z twórcami.

Z programem w ręku jeżdżę od kina do kina i próbuję jakimś cudem pojawić się w dwóch miejscach jednocześnie. Co i rusz zerkam na zegarek i zakreślam długopisem kolejne filmy, robię gwiazdki, szlaczki i inne tajemnicze symbole żeby się w tym wszystkim połapać. Przecież nie mogę odpuścić sobie spotkania z TYM reżyserem, a jednocześnie koniecznie i bezapelacyjnie chcę się pojawić na seansie TEGO konkretnego filmu wyświetlanego właśnie dzisiaj, oczywiście w zupełnie innym miejscu.

I wiecie co? To jest męczące, ale to uwielbiam. Udało mi się zobaczyć kilkanaście świetnych filmów z różnych zakątków Azji, dlatego poniżej zapraszam na krótką listę widzianych przeze mnie produkcji oraz oczywiście moje z nich wrażenia.

"Droga do Mandalay"/"The Road to Mandalay" (2016)

Film tajwańsko-birmański w reżyserii Midiego Z o dwojgu imigrantów z Birmy, którzy nielegalnie przedostają się do Tajlandii w poszukiwaniu lepszego życia. Przyznam, że jest to pierwszy film tego reżysera, który miałam okazję zobaczyć i cóż, zaintrygował mnie na tyle, że na pewno sprawdzę pozostałe jego prace.

Obraz jest minimalistyczny, z często nieruchomym kadrem, ograniczoną ilością dialogów. Świetnie pokazuje pogłębiającą się beznadziejność sytuacji bohaterów, realia życia emigrantów oraz bliskość, która się między nimi rodzi. Ten film jest po prostu autentyczny i szczery. Od pierwszej minuty aż do samego końca wciągał, byłam ciekawa co się wydarzy i jak to wszystko się skończy. 

Smaczkiem jest zapowiedź przed seansem, w której wspomniano o skandalu odtwórcy głównej roli, Kai Ko, który został aresztowany za palenie marihuany w szczytowym momencie swojej kariery i właśnie dlatego zdecydował się przyjąć propozycję reżysera, żeby zagrać w tak niszowym i artystycznym filmie.


„Przemiana” / „Interchange” (2016)

Malezyjski thriller w reżyserii Daina Saida. Piękne nakręcony, emocjonujący, zagmatwany, mroczny, pełen odwołań do pierwotnych wierzeń i tradycji Malezyjczyków.

Adam, były policyjny fotograf, całymi dniami przesiaduje w mieszkaniu, z ukrycia dokumentując życie sąsiadów. Odwiedza go dawny znajomy, detektyw szukający pomocy przy śledztwie związanym z serią makabrycznych rytualnych morderstw. Starożytna magia, ptaki, plemię z Borneo i stare fotografie, wszystko ma tu znaczenie.


Po filmie zostałam również na spotkaniu z reżyserem. Padło kilka interesujących pytań, na przykład o mieszkankę językową, którą posługują się bohaterowie (W jednym zdaniu mówiąc jednocześnie po angielsku i malajsku), czy o plemiona i wierzenia wciąż obecne w Malezji.

„Zapis moich zmysłów” / „A Copy of My Mind” (2016)

Film indonezyjski w reżyserii Joko Anwara. Początkowo typowy romans obyczajowy, bardzo szybko okazuje się również thrillerem z mocnym politycznym wydźwiękiem. 

Sari to kinomanka, pracująca w salonie kosmetycznym, która każdy wolny wieczór spędzająca na pochłanianiu kolejnych obrazów. Alek zarabia na życie, tworząc napisy do pirackich filmowych kopii. Ich drogi muszą się przeciąć, jednak na skutek splotu wydarzeń w ręce dziewczyny trafia film, którego nikt nie powinien zobaczyć.

Reżyser pod płaszczem historii miłosnej przemyca metaforę społeczno-politycznej sytuacji w Indonezji oraz obraz prawdziwej Dżakarty, pełnej wąskich uliczek, chaosu i wszechobecnych ludzi.



Po filmie czekało mnie Q&A z reżyserem, który okazał się być świetnym mówcą– zabawnym, elokwentnym, potrafiącym sprzedać swoje dzieło. Z publiczności padało wiele pytań i chyba najważniejsze jest to, że praktycznie wszystko w tym filmie jest oparte na faktach (Filmowy skandal polityczny rzeczywiście miał miejsce w tym roku w Indonezji). Z niecierpliwością czekam na kolejne filmy Joko Anwara, szczególnie, że mają być kontynuacją "Zapisu moich zmysłów" będącego pierwszym z planowanej trylogii.


„Oczka meduzy” / „Jellyfish Eyes” (2013)

Film familijny w reżyserii artysty (nie reżysera) Takashiego Murakamiego, który niejednoznacznie nawiązuje to katastrofy w Fukushimie, ale powierzchownie jest po prostu filmem o dzieciach i ich podobnych do Pokemonów potworkach, razem z którymi muszą uratować świat.

Tak... chyba wyrosłam z takich produkcji. Komiksowe zło w czarnych pelerynach, tajne laboratoria, stworki we wszystkich kolorach tęczy. Złowieszcze deklaracje i podstępne chichoty czarnych charakterów nie robiły na mnie żadnego wrażenia, a nawiązania do Fukushimy też nie poruszały. Film dobry dla dzieci, interesujące przeżycie, ale ogólnie jestem raczej na nie.


Hongkonf Fresh Wave 2015

Seans, którego nie mogłam sobie darować. Jestem na nim co roku i z zainteresowaniem śledzę dokonania młodych twórców z Hongkongu.

"Dobry syn"

Nastoletnia Nam wychowywana jest jak chłopiec- by spełnić oczekiwania matki i dziadka, co dzień wychodząc do szkoły zakłada męski mundurek. Dzięki pomocy przyjaciela, Yeunga, ma jednak miejsce, gdzie może wrócić do swojej prawdziwej tożsamości. Interesujący obraz, ale wydawał mi się niedokończony.

"Długa droga"

Mój tegoroczny faworyt. Młody mężczyzna, Nine, pracuje w starej pralni; znaleziony przypadkiem w kieszeni jednego z ubrań zegarek, który ma być zwrócony właścicielowi, staje się pretekstem do spotkań z mieszkańcami dzielnicy, która niebawem utraci swój charakter przez działania deweloperów. Aktualny, barwny portret miejskiej przestrzeni odchodzącej w przeszłość, wraz z małymi zakładami, miejscami spotkań i niemożliwymi do zastąpienia sąsiedzkimi więzami.

Oglądając go myślałam również o Korei Południowej, w której można zaobserwować dokładnie ten sam proces. Stopniowo wyburzane stare dzielnice i powstające na ich miejscu bezosobowe szklane wieżowce. Małe społeczności tracące swoje miejsce.


"Ali i ja"

Krótka historia o przyjaźni między dwoma szkolnymi kolegami: Tsz Kitem, wychowywanym w mieszczańskim hongkońskim domu, którego matka zmusza do lekcji gry na fortepianie oraz pochodzącym z muzułmańskiej rodziny Alim, który kocha krykieta. Intrygujący środowiskowy portret, pokazujący wielokulturowe oblicze miasta, ale przede wszystkim - opowieść o odkrywaniu swoich pasji.


Tyle na początek. Oczywiście nie mogło nas zabraknąć na prezentowanych na festiwalu filmach z Korei Południowej oraz... Korei Północnej, o których  więcej w kolejnym festiwalowym poście. Byliście na tegorocznym festiwalu? Które filmy podobały się Wam najbardziej?

11/24/2016 05:02:00 PM

Wietnam - część 1

Wietnam - część 1
Zwykle byłam osobą, która dużo opowiada o swoich urlopach, pokazuje rodzinie i znajomym zdjęcia, opowiada ze szczegółami różne historie i zachwyca się konkretnymi rzeczami. W tym roku zdecydowanie się to zmieniło, zdjęcia z Japonii ciągle zalegają na moim komputerze, o Gruzji jestem w stanie powiedzieć w jednym zdaniu, a Wietnam sprowadziłam do "było bardzo gorąco, a w sklepach były koreańskie produkty". Jestem szczęśliwa, że mogę tyle jeździć i każdy z tych wyjazdów był bardzo wyjątkowy, wydaje mi się, że przestałam tyle opowiadać bo to bardziej moje przeżycie, straciłam pewność, że odbiorca zrozumie moje emocje, dodatkowo wydaje mi się, że ludzie pytają z grzeczności.

Cieszę się, że mamy z Darią bloga, piszemy tu o rzeczach, które na prawdę nas interesują, często opisujemy swoje przygody i doświadczenia również dla siebie, pewnie jesteśmy swoimi najwierniejszymi czytelnikami :D Często wracam do postów, które napisałyśmy jakiś czas temu, korzystam z przepisów, które same zamieściłyśmy, czy oglądam zdjęcia, które zrobiłam w Korei. Dlatego jeśli chodzi o podróże, to wiem, że blog jest odpowiednim miejscem do zamieszczenia relacji. Podzielę się z Wami swoimi opiniami, pokażę zdjęcia, przytoczę różne historie, które z czasem mogłyby wyblaknąć i opowiem co warto zobaczyć. Zawsze będę mogła do tego wrócić, wysłać linka komuś bliskiemu i przypomnieć sobie jak fajnie było w...Wietnamie :)



Moją towarzyszką podróży była Kasia (dwie Kasie, duże ułatwienie dla lokalsów :D), z którą odwiedziłam już Koreę (najlepszy wyjazd EVER!) i Islandię. Z Kasią podróżuje się cudownie, mamy podobne podejście do szybkości podejmowania decyzji, czasu spędzanego w muzeach, miastach czy kawiarniach, oraz tego o której się powinno wstawać, jaki standard noclegu rezerwować i co zobaczyć. Żeby być szczerym powiem, że ja mogłabym więcej chodzić i ciągałam Kasię do sklepów, a za to ona wolałaby abym ja wstawała jednak troszeczkę wcześniej i jadła później :D Uwielbiałam momenty gdy miałyśmy podobne opinie, "muzeum militarne? nie, dzięki", albo gdy szybko podejmowałyśmy jakieś decyzje (obiad, rezerwacja noclegu, przejazd). Poza tym odbyło się wszystko co sobie zaplanowałyśmy. Szacun dla nas.

Jak widzicie na mapce, podeszłyśmy do sprawy ambitnie. Przylot do Ho Chi Minh, następnie samolot do Da Nang, autobus do Hoi An, wycieczka do My Son, autobus do Hue, nocny pociąg do Hanoi i wycieczki do Ha Long i Tam Coc. Powrót do WAW z Hanoi. Wszystko w dwa tygodnie.  





Ho Chi Minh przywitało nas morzem skuterów i bardzo wysoką temperaturą. Spędziłyśmy w tym mieście dwa dni, później okazało się, że to najbardziej zurbanizowane z miejsc, które widziałyśmy. Oczywiście nie mając porównania uważałyśmy inaczej, umykanie przed kierowcami, jedzenie, fryzjerzy, kosmetyczki, toalety, wszystko na środku chodnika, którym nie da się przejść. Pieszy nie istnieje i nie ma praw. Było to też jedno z nielicznych miejsc gdzie na ulicach było stosunkowo sporo "normalnych" sklepów. K-marty i inne odpowiedniki 7eleven, gdzie produkty miały ceny, można było płacić kartą, a wybór był duży (kimchi! soju!)


Korea inwestuje w Wietnamie bardzo dużo pieniędzy, więc sklepy w 50% zawierały produkty koreańskie, byłam w raju :D Poza Ho Chi Minh popularne były miejsca w których prywatne osoby wystawiały towary i cenę wymyślały na bieżąco, ciężko było o sklep "z prawdziwego zdarzenia", np w Hoi An to się nie udało, przepłacałyśmy za produkty. Oczywiście waluta, Dong (VND) jest bardzo słaba i dla polaków jest tam baaaardzo tanio, niektóre rzeczy kosztowały grosze (dosłownie).

Z Ho Chi Minh zdecydowałyśmy się polecieć do Da Nang, lot był opóźniony, bardzo nas wytrzęsło i musiałyśmy zmienić nocleg. Planowałyśmy przejechać od razu do Hoi An, ale przez późny przylot postanowiłyśmy jedną noc spędzić w Da Nang i zobaczyć wspaniały, świecący most o kształcie smoka.

Da Nang znajduje się nad Morzem Południowochińskim, więc nocleg koło plaży wydawał się logiczny. Kiedy o 23 nasza taksówka wwoziła nas w coraz ciemniejsze uliczki, mijając budowy i puste place, zaczęłyśmy w to wątpić. W końcu zatrzymaliśmy się przed naszym hotelem, który znajdował się na końcu opustoszałej drogi, był to ciemny budynek, a w okolicy nie było za bardzo żadnych innych budowli, ludzi i świateł. Bałyśmy się, że nikt nie będzie na nas czekał, ale sympatyczny Wietnamczyk, który nie znał słowa w języku angielskim, zapytał nas "Kasia?" i jakimś cudem trafiłyśmy do pokoju (bez okien!). Zostawiłyśmy rzeczy i mimo później godziny postanowiłyśmy przejść 5 km do mostu.

Nawet nie wiem jak to opisać, ale szłyśmy środkiem pustej ulicy bo po chodnikach biegały szczury, mijałyśmy budowy, dziwne bary w których nikogo nie było, nie jeździły samochody, nie widziałyśmy też ludzi. Co jakiś czas mijał nas tylko motocyklista, który z głośników puszczał "Paaaad Thai! Paaad Thai'. Co chwile mówiłyśmy sobie, że zaraz dojdziemy do wspaniałego mostu, a brak ludzi pewnie oznacza, że wszystkie miasta w Wietnamie, poza Ho Chi Minh i Hanoi, są małe. Dotarłyśmy do mostu o północy. Zdążyłam postawić na nim nogę i zrobić jedno zdjęcie, po czym most zgasł :D

Most wygląda tak:



 Moje zdjęcie wygląda tak:



Umykając przed szczurami wróciłyśmy do hotelu, a rano taksówką pojechałyśmy na dworzec autobusowy. I co się okazało? Byłyśmy po złej stronie miasta. Całe centrum, życie, sklepy, kawiarnie i bary znajdowały się po drugiej stronie mostu.

Na dworcu znalazłyśmy autobus do Hoi An i po kilku godzinach wylądowałyśmy na obrzeżach tego pięknego miasta. Miałyśmy mapkę i wiedziałyśmy, że do hostelu mamy 2-3 km, które postanowiłyśmy przejść na piechotę. Hoi An to dawny portugalski port morski, oraz miasto, które dzięki Polakowi, jest wpisane na listę zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Kazimierz Kwiatkowski, polski architekt i konserwator zabytków, prowadził w My Son, Hue i Hoi An prace konserwatorskie. Dzięki niemu Wietnamczycy porzucili pomysł wyburzenia starego miasta Hoi An i zbudowania na jego miejscu bloków (!).

cr: vietnam.sepehrgasht.com


Okazało się niestety, że do hotelu mamy około 11 km i w końcu przeszłyśmy całą trasę na piechotę. W 30 st i z bagażami :D Dziś już jestem w stanie wspominać to z uśmiechem. Szłyśmy drogą, która była zrobiona z dużych betonowych płyt, a po obu jej stronach znajdowały się bardzo ładne domy, ogrody i palmy. Im dalej oddalałyśmy się od centrum tym mniej było motorów, a więcej rowerów. Okolica bardzo mi się podobała i obie później uznałyśmy, że było to jedno z najładniejszych miejsc, które widziałyśmy w trakcie całego pobytu. Hotel, a raczej homestay był bardzo ładny i zadbany, wzięłyśmy pokój dwuosobowy z własną łazienką i balkonem (wszystkie noclegi miałyśmy z balkonem, takie to już wietnamskie budownictwo). Codziennie rano jadłyśmy w ogrodzie śniadanie (zwykle naleśniki lub omlet) i rowerem jechałyśmy do "miasta" lub na plażę.



Jeden z lepszych widoków z balkonu jaki kiedykolwiek miałam. Połączenie typowego budownictwa azjatyckiego, świątyń i lampionów z palmami zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie i to zwykle opowiadam gdy ktoś pyta co mi się najbardziej podobało w Wietnamie.



Hoi An oferuje bardzo dużo atrakcji, miasto samo w sobie jest piękne, w dzień najlepiej przemieszczać się rowerem, a wieczorem, gdy zapalają się lampiony, nawet bardzo długi spacer staje się przyjemnością. Atmosfera miasta kolonialnego, palmy, piękne budynki i wspaniałe oświetlenie zapewniają niesamowity klimat.

W okolicy Hoi An znajdują się plaże i kilka ciekawych zabytków, więc jest to miejsce na dłuższy pobyt. Na plażę, która znajdowała się kilka kilometrów od naszego hotelu, pojechałyśmy rowerami.


Piasek był zbyt gorący, więc siedząc na trasie piłyśmy soki arbuzowe, oglądałyśmy widoki i po prostu cieszyłyśmy się urlopem i miłym dniem.




To koniec pierwszej części relacji z Wietnamu, dzięki za uwagę :) W kolejnej części My Son, Hue, jazda pociągiem i Hanoi, później jeszcze post tylko o Hoi An i miejsce na odpowiedzi na pytania, jeśli jakieś się pojawią. Jeśli planujecie podróż do Wietnamu i mogę jakoś pomóc to dajcie proszę znać w komentarzach, lub jak zwykle przez PW na facebooku :)

Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger