Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

12/10/2018 08:35:00 AM

Koreański w obrazkach

Koreański w obrazkach
Preferowana modalność sensoryczna- inaczej "podstawowa reprezentacja zmysłowa" czyli cecha określająca dominujący u danej osoby rodzaj zmysłu. Wyróżnia się trzy podstawowe modalności sensoryczne: wzrokową, słuchową i kinestetyczną. Zakłada się, że 65% populacji stanowią wzrokowcy. To właśnie treści wizualne powodują wzrost zaangażowania u odbiorcy. Wzrok automatycznie skupia się na poziomie graficznym strony, pomijając komunikaty tekstowe. Co prawda nie potwierdzono doświadczalnie, że można skuteczniej uczyć się wykorzystując preferowane zmysły, ale coś jest na rzeczy. Ja sama określiłabym się wzrokowcem, łatwiej mi zapamiętać i nauczyć się nowych rzeczy gdy je widzę. Nie ma opcji żebym powtórzyła na przykład czyjś numer telefonu po jednokrotnym wysłuchaniu (a dla niektórych to nie jest żaden problem), ale jeżeli podczas słuchania tego numeru wyobrażam sobie obrazki kojarzące mi się z danymi cyframi to go zapamiętam.

Właśnie dlatego byłam bardzo ciekawa nowej książki do nauki koreańskiego wydanej przez Edgard - "Koreański w obrazkach. Słownik, rozmówki, gramatyka" bazującej na metodzie wizualnej (poziom A1-A2). Wszystkie pojęcia są tam objaśnione przy pomocy zdjęć i ilustracji.







Książka jest podzielona na 15 grup tematycznych, w każdym dziale poza słówkami są również ćwiczenia z gramatyki i pisowni.

Jak mi się podoba? Podręcznika używam od tygodnia i ma u mnie za zadanie głównie odświeżyć zardzewiały koreański. Jak na razie się sprawdza, rzeczywiście wyraz skojarzony z obrazkiem łatwiej mi się utrwala. Wszystko jest przejrzyste, stopniowy wzrost poziomu trudności zadań z gramatyki też jest przemyślany. Z tyłu znajduje się oczywiście słowniczek i klucz odpowiedzi.

Dział, który mi się nie podoba, to czas i liczby, rysunki są w nim dobrane trochę na siłę, bo podejrzewam, że twórcy nie wiedzieli jak co zobrazować, ale cyferki w formie ciasteczek moim zdaniem nie pomagają w ich zapamiętaniu.

Druga uwaga to kwestia latynizacji, ale jak już wielokrotnie podkreślałam i na blogu i na naszym facebook'u są to moje prywatne preferencje, po prostu uważam, że łatwiej i szybciej nauczyć się języka koreańskiego bez latynizacji i od samego początku mojej przygody z Koreą tak właśnie się go uczyłam. Zresztą w książce stosowana jest transkrypcja McCune’a-Reischauera (podobno najbardziej powszechna metoda latynizacji języka koreańskiego na świecie), ale w samej Korei Południowej od 2000 roku używa się latynizacji poprawionej (milenijna).

Mimo tych uwag uważam, że jest to książka dobra i szczerze ją polecam. Dla kogoś kto się dopiero zaczyna uczyć koreańskiego będzie na pewno świetnym początkiem. Jest przejrzysta, a proste komunikaty graficzne i duża czcionka ułatwiają korzystanie i szybciej przebijają się do naszej świadomości niż suche komunikaty tekstowe.

Jeżeli ktoś z Was ma już tę książkę to dajcie znać w komentarzach co sądzicie, a jeśli nie, to napiszcie czy Waszym zdaniem taka książka obrazkowa jest lepsza czy gorsza od zwykłego podręcznika?

3/13/2018 12:26:00 PM

"Córki Smoka" William Andrews

"Córki Smoka" William Andrews
Po długiej podróży do sierocińca w Korei dwudziestoletnia Amerykanka Anna Carlson dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Jednak właśnie w chwili, gdy zdruzgotana kobieta dochodzi do wniosku, że przebyła całą drogę na próżno, tajemnicza staruszka podaje jej paczuszkę zawierającą wiekowy grzebień i kartkę z adresem.

Dzięki temu Anna trafia do mieszkania niezbyt zamożnej, lecz eleganckiej kobiety – Hong Jae-hee, która opowiada jej o niesamowitych wydarzeniach zaczynających się od japońskiej okupacji Korei i Chin podczas II wojny światowej, kiedy to ponad dwieście tysięcy Koreanek zostało niewolnicami japońskich żołnierzy – „kobietami do towarzystwa”. Jae-hee zna tę historię bardzo dobrze: była jedną z nich.

Anna odkrywa, że cenny grzebień ze skorupy żółwia, ozdobiony dwugłowym smokiem z kości słoniowej, pokonał wraz z kobietami w jej rodzinie mnóstwo przeciwności losu. Im lepiej dziewczyna poznaje jego historię, tym bardziej uświadamia sobie, że wraz z grzebieniem trafia do niej dziedzictwo niewyobrażalnej siły charakteru, odwagi, miłości i niezłomności.

Odezwało się do nas Wydawnictwo NieZwykłe z propozycją zrecenzowania książki "Córki Smoka" Williama Andrewsa. Tematyka jak najbardziej odpowiada naszemu blogowi, więc czym prędzej zabrałyśmy się do czytania. Książka opowiada historię Anny, poszukującej swoich biologicznych rodziców, oraz Honga Jae-hee- Koreanki, która była jedną z comfort women. Być może część z Was już o nich słyszała. Były to pocieszycielki, kobiety do towarzystwa (jap. 慰安婦, ianfu), albo często spotykana nazwa ang. comfort women- eufemistyczne określenie kobiet zmuszanych do nierządu przez japońskich okupantów. Liczbę zmuszanych do nierządu kobiet szacuje się na od 50 000 do 30 0000 (nie tylko Koreanki, ale również m.in. kobiety z Chin, Tajwanu, Wietnamu, Malajów i Filipin).

Książkę czyta się dobrze. Jest napisana plastycznym, miejscami dosadnym językiem. Pierwszoosobowa narracja i lekki styl dobrze wchodzą. Przeczytałam ją w zaledwie kilka wieczorów. Historia mnie wciągnęła i chciałam wiedzieć jak potoczą się dalsze losy Jae-hee, bo głównie na niej i sześćdziesięciu latach jej życia się skupiamy. Jednak nie mogę napisać, że jest to książka wybitna, która poruszyła moje serce i poruszy każdego (bo właśnie takie podsumowania zauważyłam w innych internetowych recenzjach).

Miałam z nią kilka problemów, pierwszy podstawowy to tłumaczenie. Powinniśmy się w końcu na coś zdecydować, bo co książka to inna latynizacja. W Korei Południowej obowiązuje oficjalna transkrypcja języka koreańskiego i wydaje mi się, że najlepiej byłoby się jej trzymać, a tak w książce pojawiają się na przykład Ummah i Appah. Jeżeli czyta to ktoś kto ma mało do czynienia z językiem koreańskim i jego transkrypcją, to pewnie nawet nie zauważy problemu i szybko załapie co znaczy które słowo, ale kiedy rocznie czytam kilka książek, w których stosowana jest różna transkrypcja i za każdym razem muszę się przestawiać na "nową wersję" to mnie to po prostu trochę męczy.

Mój drugi zarzut to lekka naiwność tej historii. Zastanawiałam się nawet czy autor nie skończył swojego zbierania materiałów na jednej książce naukowej i kilku artykułach w internecie (Nie, nie skończył, na końcu książki jest bibliografia i zdjęcia z pocieszycielkami, więc podejrzewam, że zbierając materiały miał też szansę z nimi porozmawiać). Wszystko co przydarza się głównej bohaterce i jak wychodzi z opresji jest trochę zbyt niewiarygodne. Kluczowy jest tu grzebień, który ma "magiczną moc", zawsze jej pomoże i popchnie w sam środek ważnych historycznie wydarzeń. Nie wystarczy, że była jedną z comfort women, w między czasie trafi do Korei Północnej i to z bliskim współpracownikiem Kim Ir Sena, spektakularnie będzie uciekać przez granicę, to ona będzie głośno mówić o tym co spotkało ją i inne koreańskie kobiety. W trakcie opowiadania historii pojawi się południowokoreańska policja i zacznie przeszukiwać mieszkanie itd. itd. takich sytuacji będzie więcej. Jednym słowem zawsze będzie w centrum najważniejszych wydarzeń. Wolałabym żeby bohaterka książki była bardziej zwyczajna, skoro jak sam autor wspomina ma reprezentować wszystkie pocieszycielki, wtedy całość byłaby bardziej wiarygodna. Do tego wszelkie sceny dziejące się w strefach komfortu są opisywane bardziej od strony fizycznej, a nie psychologicznej. Wolałabym trochę inaczej rozłożyć akcenty i pogłębić psychologię postaci. Może więcej bym też napisała o  dążeniu głównej bohaterki do upublicznienia informacji o jej losach. A tak, fragmenty o jej pracy jako comfort women są bardzo krótkie i część o jej walce o upublicznienie prawdy o pocieszycielkach jest również bardzo krótka. 

Również w notatce od autora, umieszczonej na końcu książki, jednoznacznie widać jak bardzo jednostronna jest to książka. Pan Andrews analizuje jak bardzo przepraszające lub nie są konkretne, wyrwane z kontekstu japońskie słowa. Powiedzmy jedno, los comfort women był straszny i powinniśmy mówić o tym głośno, jednak taki los spotyka kobiety na całym świecie w każdym większym konflikcie zbrojnym. Wydaje mi się, że autor ma za małe podstawy by dawać sobie prawo do decydowania, że jedna nacja jest gorsza od drugiej, jest bardziej zła.

Żeby nie było tak, że mam do książki same uwagi, ma ona również plusy. Jednym z nich jest bibliografia. Na polskim rynku chyba nie ma książek naukowych na temat comfort women (jeżeli są to podrzućcie tytuły), ale warto sięgnąć po te po angielsku i poszerzyć wiedzę. Czego by nie mówić, "Córki Smoka" to fikcja literacka, oczywiście oparta na faktach, ale nie jest to książka historyczna. Mimo to, jeżeli ktoś nic wcześniej nie wiedział o pocieszycielkach, "Córki Smoka" mogą być dobrym wstępem i zachęcić do wgłębienia się w temat.

Na polskim rynku niedawno ukazała się inna, bardzo podobna książka- "Biała chryzantema" Mary Lynn Bracht (jeżeli ktoś z Was czytał to powiedzcie jak wrażenia).

Tyle ode mnie. Dajcie znać w komentarzach czy czytaliście "Córki Smoka" i co o nich sądzicie. A może czytaliście inne, warte polecenia książki na temat comfort women?

10/20/2017 07:45:00 AM

Cafe Crystal

Cafe Crystal
I jest. Na mapie Warszawy pojawił się nowy lokal- Cafe Crystal, czyli kawiarnia z tradycyjnymi koreańskimi deserami. Serwowane jest tu bingsu (빙수), dosłownie kruszony lód/śnieżny puch i to właśnie jest gwiazda Cafe Crystal, którego nazwa ma się kojarzyć z kryształkami śniegu.


Podpytana przez nas właścicielka powiedziała, że Koreańczycy uwielbiają bingsu i jedzą je na okrągło, a teraz chcą przedstawić Polakom te przepyszne desery i są przekonani, że ludzie je polubią.

Coś w tym jest. Nasze podróże do Korei obowiązkowo wiążą się z bingsu, które nadaje się też świetnie na tort urodzinowy, ale to już historia na inny post ;)

W kawiarni znajduje się specjalna, sprowadzona z Korei, maszyna do deserów. Lody są lekkie, mają właśnie taką konsystencję śniegu. Ich bazą jest mleko, a dzięki temu, że nie są tak zbite jak zwyczajne lody są zdecydowanie mniej kaloryczne i zawierają mniej tłuszczu niż desery na śmietanie.



Po tym krótkim wprowadzeniu czas na recenzję lokalu. Szczegóły tego na jakiej zasadzie oceniamy restauracje znajdziecie TUTAJ.

Zacznijmy od ogólnego pierwszego wrażenia, które jest wyjątkowo pozytywne. Kawiarnia jest przestronna, świeża, ładnie urządzona. Duży plus za wysokie sufity, lubię takie wnętrza. 



Kolejnym ważnym komponentem jest obsługa. Bariści są mili i zorientowani w menu. Kiedy tam byłyśmy nie było dużego ruchu, więc nie czekałyśmy długo na zamówienie, ale sprawdzimy też lokal w godzinach szczytu, żeby zobaczyć czy obsługa jest wtedy tak samo sprawna.

Czas na ocenę jedzenia, czyli tego o co nam wszystkim chodzi. Poza dużym wyborem kaw i herbat na chwilę obecną w menu jest 5 rodzajów bingsu oraz ciasta i kanapki.



Estetyka podania na piątkę. Jemy oczyma, a te desery zdecydowanie chce się jeść.



Do tego dochodzi element zabawy. Kawiarnia posiada maszynę do "drukowania" zdjęć na kawie latte. Chociaż z drugiej strony to dość specyficzne wrażenie pić napój ze swoją twarzą.

Dumny barista  ze swoją kawą

A smak? Pycha! Próbowałyśmy bingsu z truskawką i z sernikiem i oba desery były smaczne. W kolejce czekają jeszcze do wypróbowania oreo, tiramisu i jogurtowe z aronią.



Ceny są umiarkowane. Małe bingsu kosztuje 18zł i ta mała porcja spokojnie starcza na dwie osoby, duże to koszt 32 zł. Ceny kaw i herbat wahają się w granicach 6-14zł.

Na ile ocenia lokal Oppa? Rzadko się to zdarza, ale w tym wypadku dajemy 4.5/5. Wystrój, obsługa, ceny i menu są dobre. Jest smacznie, atmosfera jest przyjemna, na pewno będziemy odwiedzać to miejsce w przyszłości. Czemu w takim razie nie 5/5? Na zachętę, bo zdecydowanie chcemy więcej smaków bingsu!


Informacje praktyczne:

  • Adres: ulica Nowogrodzka 22, 00-511 Warszawa
  • Godziny otwarcia: 07:00-23:00 (od pon. do niedz.)
  • Strona internetowa: Facebook- Cafe Crystal


Ocena Oppy:


*zdjęcia dzięki uprzejmości Cafe Crystal

6/22/2017 12:23:00 AM

Matcha Tea House

Matcha Tea House
Na spotkanie w Matcha Tea House zaprosiła mnie koleżanka, z którą byłam w Korei (dziękuję <3). Krótko po naszym powrocie miałyśmy jeszcze wszystkie smaki w pamięci, więc nie obyło się bez porównań z Seulskimi kawiarniami :) Zdradzę od razu, że nie wyszłyśmy rozczarowane.

cr: matcha tea house fb
Lokal znajduje się w modnym miejscu, bo na Warszawskim placu Zbawiciela i z kawiarni można podziwiać piękną okolicę. Funkcjonuje ogródek, a większość ścian to po prostu bardzo duże okna, więc atmosfera jest bardzo przyjemna. Wystrój jest prosty, ale zadbano o szczegóły. Moją uwagę zwróciły duże różowe poduszki i żyrandole w kształcie miotełki (czy jak kto woli pędzla) do przyrządzania herbaty. 

cr: fb matcha tea house


W kawiarni znajduje się też sala w której można napić się herbaty w bardziej tradycyjny sposób. Podczas mojej wizyty były tam panie przebrane w kimona i odbywała się degustacja. 


W menu znajduje się zdecydowanie więcej deserów, niż dań konkretnych. Te które są (np. onigiri, kanapki, zupa miso) bardziej nadają się na przekąskę. Podoba mi się, że skupiają się na konkretnej rzeczy, nie przepadam za miejscami gdzie jest wszystko bo wtedy zaczynam wątpić w jakość. 

Wzięłyśmy onigiri (8 PLN), eklerkę (w menu zdaje się nazwano ją ptyś, 11 PLN), sernik (12 PLN), matcha latte (11 PLN) i smoothie (13 PLN).


Daria była trochę wcześniej i próbowała różnych ciast (14 i 12 PLN) oraz matcha latte.


Wszystko było bardzo smaczne, matcha miała ten smak co trzeba, wybór ciast jest duży i na pewno  wrócimy po więcej. Ceny uważam za konkurencyjne. Jeśli już mam się do czegoś przyczepić to wolałabym aby pałeczki nie były jednorazowe, albo chociaż podawane w innej formie. Niby duperela, ale robi dużą różnicę i ta zmiana bardzo by pasowała do całości. 

Można też zamawiać na wynos, więc na miejscu znajduje się duża witryna, z której wszystko jest podawane. Ma to swoje plusy i minusy. Nie ma złudzeń, że wszystko zostało przygotowane tuż przed podaniem (i nie chodzi mi tu o ciasta ;)), ale można od razu zobaczyć jak będzie wyglądała zamawiana przez nas rzecz. To też duża pomoc dla niezdecydowanych :)


Zdecydowanie wrócę aby spróbować sernika japońskiego i może tej pięknej bezy. Bardzo mi też smakowało ich matcha latte, nie było tak słodkie jak czasami się zdarza, więc za to duży plus.
 


Informacje praktyczne:
  • Adres: ul. Mokotowska 17, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 08:00-23:00


Ocena Oppy:

5/19/2017 07:19:00 AM

Glamorous penguin (글래머러스펭귄)

Glamorous penguin (글래머러스펭귄)
글래머러스펭귄 to kawiarnia, którą obserwuję na instagramie już od chyba dwóch lat, znajduje się w okolicach Itaweon, więc nie jest to moja ulubiona okolica, ale postanowiłam w końcu ich odwiedzić bo zdjęcia które wrzucają online są bardzo kuszące :)


Znalezienie tego lokalu wcale nie było takie łatwe jak mi się wydawało, skręciłam za wcześnie, ale dzięki temu zwiedziłam okolicę, widziałam piękne domy i zobaczenie z oddali tego małego niebieskiego budyneczku, było prawdziwą nagrodą. 


Godzina była wczesna, więc nie było dużo ludzi co pozwoliło mi zwiedzić całość, zrobić kilka zdjęć i w spokoju zjeść zamówione rzeczy. 


Ceny nie są najtańsze, ale zdecydowałam się na sernik matcha i truskawkowe latte. Obie rzeczy były na prawdę bardzo dobre, później wiele razy wracałam myślami do tego posiłku lub zamawiałam w innym miejscu truskawkowe latte, które niestety nie mogło konkurować z tym od Glamorous penguin.


Kawiarnia jest piętrowa, z wyjściem na dach i wspaniałym widokiem. We wszystkich możliwych miejscach stoją pingwiny, więc tematyka kawiarni jest dobrze zaakcentowana.



Jest to kawiarnia do której na pewno będę wracała, mimo, że jest stosunkowo droga to dostaje się produkty o jakości, która jest warta swojej ceny. 

Informacje praktyczne: 
  • Adres: 743-41, HANNAM-DONG, SEOUL
  • Dojazd: 한강진역 (Hangangjin), wyjście nr 1
  • Ceny: ciasta po około 7 000 - 9 000 won za kawałek, kawy po około 6 000 - 7 000 won.
  • Oficjalna strona: http://www.glamorouspenguin.com/
 Ocena Oppy:

4/14/2017 11:23:00 AM

Tradycje kulinarne Korei - recenzja książki

Tradycje kulinarne Korei - recenzja książki
Dzięki wydawnictwu Hanami podczas pobytu w Korei mam możliwość zapoznania się z kuchnią koreańską również teoretycznie. Co innego jeść, doświadczać i próbować, a co innego robić to świadomie. Pani Małgorzata Tomaszewska-Bolałek podeszła do swojej pracy bardzo profesjonalnie, więc w jej książce znajdziemy nie tylko przepisy i opis typowych produktów, ale również wstęp dotyczący kultury i historii związanej z kuchnią.


Jeśli chodzi o wiedzę jestem fanką stwierdzenia "wiem, że nic nie wiem", niezależnie ile się uczymy, czytamy i poznajemy, zawsze jest coś czego nie wiemy, nie umiemy bądź nie rozumiemy. Można założyć, że miałam dosyć sporą wiedzę na temat kuchni koreańskiej, nawet nie chcę liczyć ile ryżu i kimchi zjadłam przez całe życie, ale na szczęście zawsze są jeszcze rzeczy, których nie wiem. Nie mówiąc już w ogóle o gotowaniu i przygotowywaniu potraw. Lubię się uczyć nowych rzeczy, a ta książka zaspokoiła tę potrzebę dużym wstępem teoretycznym.

"Zmiany diety wpływały nie tylko na rozwój kulturowo-społeczny, ale również i biologiczny. Około 12000 lat temu ludzie zaczęli metabolizować bulwy oraz alkohol. Warto przyjrzeć się tym zagadnieniom nieco bliżej, gdyż ewolucja w tym przypadku nie była tak łaskawa dla mieszkańców Azji Wschodniej. Koreańczycy znani są z zamiłowania do napojów alkoholowych. Niestety, tak jak w przypadku Japończyków, Chińczyków czy Inuitów, u wielu osób występuje dysfunkcja dehydrogenazy aldehydowej - enzymu odpowiedzialnego za rozkład alkoholu. Problemy objawiają się rumieńcem, wzrostem ciśnienia, dusznościami, uciskiem w klatce piersiowej, wymiotami, stanami lękowymi, a w skrajnych wpadkach spożycie alkoholu może zakończyć się nawet śmiercią." 

 

Kuchnie narodowe składają się głównie z produktów dostępnych na danym terenie, więc w książce znajdziecie opis tego co rośnie w Korei, z czego gotują Koreańczycy, jak wykorzystują rosnące na półwyspie koreańskim rośliny i zwierzęta. Ciekawy jest też opis tego jak kuchnia się rozwijała, jakie potrawy kiedy "powstały" lub pierwszy raz zostały opisane. Bardzo mi się podoba, że książka traktuje temat bardzo szeroko, Pani Magdalena zdaje sobie sprawę z tego, że świat się zmienia, a kuchnia zachodnia wpływa na to co i jak jedzą Koreańczycy.
 

w książce znajdziecie również wiele przepisów, opisy tradycyjnych potraw, podział na typy jedzenia (zupy, produkty zbożowe, kleiki, słodycze itp.), ale również rozdział poświęcony etykiecie, tego jak wygląda, stół i zastawa. 

Pani Tomaszewska-Bolałek jest prawdziwym znawcą tematu, spod jej pióra wyszedł również odpowiednik dla Koreańczyków o kuchni polskiej. 


Mam nadzieję, że uda mi się ją znaleźć w Seulu, chciałabym kupić tę książkę koreańskiej rodzinie, z którą mieszkam. W razie czego jest dostępna online: w języku koreańskim, japońskim i chińskim.

Do publikacji Pani Małgorzaty należy jeszcze nagradzana książka o japońskich słodyczach: link.

Jedyna rzecz, której mi brakuje, to zapis nazw w języku koreańskim. Autorka korzysta z transkrypcji i nawet poświeciła miejsce aby wyjaśnić z jakiej i dlaczego, ale większość osób, które uczą się koreańskiego nie uczą się transkrypcji, więc niektóre nazwy musiałam sprawdzać w internecie. Koreańczycy również nie uczą się transkrypcji, więc ja chciałam się dopytać o coś znajomych Koreańczyków musiałam wyszukiwać słowo w hangulu.

Tradycje kulinarne Korei zdecydowanie polecamy, jest to książka, która zawiera bardzo dużo rzetelnej wiedzy, dobre przepisy i na pewno będę do niej wracała.

9/14/2016 07:09:00 AM

Książki o Korei Południowej

Książki o Korei Południowej
Jak pewnie część z Was wie, znalezienie książki o Korei Południowej napisanej przez Polaka, nie jest rzeczą łatwą. Na rynku nie ma ani jednego (ani jednego!) przewodnika po Korei Południowej w języku polskim, a książki niebędące opracowaniami naukowymi też można policzyć na palcach. Zebrałyśmy tutaj listę tych dostępnych i przeczytanych przez nas:

1. Zaproszenie na kimchi, Lena Świadek, wydawnictwo Kwiaty Orientu

Autorka pakuje walizkę i wyjeżdża na kilka lat do Korei uczyć tam angielskiego. W książce opisuje anegdoty z życia oraz własne spostrzeżenia na tematy różne, od kultury Korei, po wybory w USA. To była moja pierwsza książka o Korei Południowej i na pewno dowiedziałam się z niej kilku ciekawych rzeczy (wydawnictwo dołączyło na końcu publikacji podstawowe informacje geograficzne i kulturowe oraz przepisy kulinarne). Co myślę o książce? Po kilku latach zainteresowania Koreą, przeczytaniu innych pozycji o podobnej tematyce, wreszcie wyjazdach do Korei uważam, że jest to książka dość powierzchowna. Autorka nie stara się zrozumieć kraju, w którym przyszło jej mieszkać, więc i jej przemyślenia nie są zbyt ambitne. Niektóre spostrzeżenia są owszem trafne, ale nie ma ich zbyt wiele. Do tego im dalej w las tym gorzej, książka staje się wielce refleksyjna i filozoficzna. Pani Świadek dzieli się z nami swoimi poetyckimi przemyśleniami na tematy różne, często zupełnie niezwiązane z Koreą, o której przecież jest ta książka. Gdyby usunąć z niej te pseudofilozoficzne dygresje, nie zostałoby wiele, bo sama publikacja jest króciutka, niecałe 100 stron. Zaciekawi tych, którzy o Korei Południowej nie wiedzą jeszcze nic, ale na rynku są lepsze książki o tej tematyce.

2. Korea Szerokopasmowa, Konrad Godlewski, wydawnictwo Kwiaty Orientu

Kolejna książka Kwiatów Orientu, tym razem o konsekwentnej drodze do wzrostu gospodarczego, a przede wszystkim o sieci, która odgrywa tak ważną rolę w gospodarce Korei Południowej i stymuluje jej rozwój. Każdy rozdział jest jakby oddzielnym artykułem nakreślającym dany problem, czy fenomen. Książka jest dobra, ale zdecydowanie nie dla każdego. Jej fanami będą osoby zainteresowane szybkością internetu w Korei, lubiące czytać o Starcrafcie i popularności gier oraz niuansach politycznych i gospodarczych. Nie ma tu zbyt wiele ogólnych informacji o kulturze Korei Południowej.

3. W Korei, Anna Sawińska, wydawnictwo Kwiaty Orientu

Zbiór esejów z lat 2003-2007 opisujących życie autorki w Korei Południowej. Początkowe eseje nie zachwycają, ale to zrozumiałe, są to te najwcześniejsze, jeszcze niedojrzałe przemyślenia. Im dalej, tym lepiej. Przyjemnie się czyta, widać jak bardzo autorka wniknęła w otaczającą ją rzeczywistość, próbuje zrozumieć, zaakceptować i dostosować do panujących tu zasad, ale jednocześnie jest wobec nich krytyczna i umie przyznać, że pewne rzeczy są dla niej zbyt trudne. Lekka lektura, która jednocześnie zmusza do przemyśleń. To jedna z lepszych książek o życiu w Korei Południowej.

4. Za rękę z Koreańczykiem, Anna Sawińska, wydawnictwo Kwiaty Orientu

Zbiór rozmów przeprowadzonych z Polakami na temat ich związku z koreańskim partnerem. Możemy dowiedzieć się jak wygląda życie z Koreańczykiem u boku, o problemach i różnicach kulturowych, ale również o tym co ich łączy. Wywiady są interesujące, bo poświęcone bardzo różnym parom, część z nich mieszka w Polsce, część w Korei, są tu pary hetero i homoseksualne, posiadające dzieci i nie. Każda inna, każda interesująca. To nie jest publikacja o Korei Południowej i jej kulturze. To książka o tym jak pogodzić dwa zupełnie różne kulturowo światy.

5. Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko, Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller, wydawnictwo National Geographic

Ta pozycja mnie zaskoczyła. Przede wszystkim jej współautorką jest Małgorzata Kalicińska, autorka serii "Nad rozlewiskiem", a teraz nagle książka o Korei? Okazuje się, że Pani Kalicińska od lat jeździła do Kraju Porannego Spokoju w odwiedziny do swojego, obecnego już, męża Vlada Millera, który pracował w Korei jako inżynier stoczniowy.

Książka jest dość powierzchowna, autorzy nie zagłębiali się w kulturę Korei i mimo że pan Miller mieszkał i pracował tam przez 11 lat, nie stał się nigdy częścią koreańskiej społeczności. Mimo wszystko przyjemnie i szybko się to czyta. Sporo tu o koreańskiej kuchni i przemyśle stoczniowym, mniej spostrzeżeń kulturowych i społecznych, chociaż i te są tu obecne.

6. Korea - klucz Dalekiego Wschodu, Wacław Sieroszewski, Wydawnictwo Literackie

To dla odmiany trochę cięższa w odbiorze, ale interesująca lektura. Praca etnograficzna z 1904 roku, którą dość trudno znaleźć (ja wyszukałam ją w bibliotece University of California). Dziennik polskiego podróżnika, który trafia do Korei w przededniu wojny rosyjsko-japońskiej. Podróżuje przez biedny, rolniczy kraj i stara się zrozumieć jego mieszkańców. Ciekawa książka, bo pokazuje nam jak bardzo zacofana kulturowo była Korea jeszcze na początku XX wieku i jak wielki zrobiła potem skok. Poza tym warto zwrócić uwagę na interesujące zdjęcia i mapy ówczesnego Kraju Porannego Spokoju. 


7. Somewhere in Korea. Czyli Polak w Kraju Spokojnego Poranka, Piotr Tomala, wydawnictwo Edytor 

Niestety, mimo usilnych poszukiwań nigdzie nie znalazłam tej książki, więc pozostało mi tylko przeczytać kilka jej rozdziałów wyszukanych w internecie. Jest tu trochę ciekawostek i spostrzeżeń kulturowych, ale minusem publikacji są ciągłe powtórzenia. Przeczytałam tylko kilka znalezionych fragmentów, a i tak część informacji była w nich powtarzana kilkukrotnie, podejrzewam, że w całej książce takich przypadków jest więcej.  Nie mogę się o nich wypowiadać nie przeczytawszy w całości.

8. Emerytka w Korei Południowej, Mariola Wójtowicz, eBook

Ten eBook to opis miesięcznej podróży autorki przez Koreę Południową, którego fragmenty są dostępne na stronie internetowej autorki: Emerytka w podróży.







I... to tyle. Nie udało nam się znaleźć więcej książek o Korei Południowej oczami Polaków, więc jeżeli znacie jakieś inne publikacje to dajcie znać w komentarzach. Jeżeli spodobał Wam się ten post to też dajcie znać, bo zastanawiamy się nad kolejnymi: książki o Korei Północnej oraz książki naukowe i popularnonaukowe o Korei Południowej.

7/18/2016 03:57:00 PM

한집 - Koreański dom w Tbilisi

한집 - Koreański dom w Tbilisi
Górski wyjazd marzył mi się od dawna, więc gdy dwójka przyjaciół zaproponowała Gruzję zastanawiałam się tylko 24 godziny. Do wyjazdu był tylko miesiąc, mało czasu na przygotowania, plan tylko na góry, więc nawet nie sprawdzałam czy w stolicy mają koreańską restaurację. Czas spędziliśmy w górach, w marszrutkach i na jedzeniu.
.

Kilka ostatnich dni poświęciliśmy na zwiedzenie Tbilisi i okolic. Po jednym z sutych gruzińskich obiadów mój kolega zauważył koreańską restaurację i zaproponował abyśmy wybrali się tam następnego dnia. Moja miłość do Korei była im znana, a wspólny koreański obiad obiecywałam im od dawna, więc okazja wydała się idealna. Trochę obawiałam się, że ich pierwsze spotkanie z koreańskim jedzeniem odbędzie się w niesprawdzonej przeze mnie restauracji, ale wszystko udało się cudownie, a oni zostali nowymi miłośnikami ostrych smaków.

W lokalu znajdowali się tylko Koreańczycy, leciał kpop, a na ścianach wisiały autografy, koreańskie obrazki, zdjęcia i hanbok.




W związku z tym, że kelnerka się uczyła i pewnie pierwszy raz obsługiwała tak wielu Koreańczyków jednocześnie, my musieliśmy trochę poczekać na zamówienie i dwa razy je powtarzać. Bardzo się starała i szybko realizowała nasze prośby, więc tą małą niedogodność postanowiliśmy jej wybaczyć :D

Ja zamówiłam kimbap, kimchi i tofu.







Kimbap był idealny! To samo kimchi, poszło całe i zjadłabym jeszcze więcej. Tofu dostaliśmy na koniec, mimo, że było bardzo smaczne, nie dałam rady zjeść całego.

Znajomi postawili na mięsa i przystawki. Mega porcja japache, sporo przystawek, miska ryżu i wszystko to...zjedzone widelcem! :D



Wszystkie dania były duże, a do tego bardzo smaczne, więc nasz obiad oceniamy wysoko. Musieliśmy jedynie przypomnieć o ryżu, dostaliśmy go dużo później i był zimny, więc to on wpływa na obniżenie naszej oceny. Poza tym wszystko było cudowne, gdyby lokal znajdował się w Polsce, to na pewno regularnie bym do niego wracała. 

Informacje praktyczne:
  • Dojazd: Shalva Dadiani str N4 Tbilisi
  • Ceny: Średnie, ale bliżej im do wysokich. Ogólnie droższe niż gruzińskie jedzenie, ale tańsze niż inne zagraniczne lokale.
  • Strona internetowa: Facebook 
 
Ocena Oppy:
 
 

2/21/2016 11:59:00 AM

Mei

Mei
Do Mei wybrałyśmy się w środku tygodnia i w środku dnia. Przez 5 min siedziałyśmy w towarzystwie koreańskiej rodziny, ale po chwili zostałyśmy już same i mogłyśmy prowadzić swobodną rozmowę o blogu, jedzeniu i dramach. Lokal na przełomie 2015 i 2016 roku przeszedł gruntowny remont, sala jest większa, ale przede wszystkim powstały stanowiska do grilla co pozwoliło na powiększenie menu. Ostatnio byłyśmy w Mei ponad rok temu, ja zjadłam bulgogi, a Daria piła tylko herbatę, więc oczywiste dla nas było, że musimy zobaczyć jak zmienił się lokal i zjeść więcej.


To co w Mei podoba nam się najbardziej i to co wyróżnia tę restaurację na tle innych warszawskich lokali, to rodzinna atmosfera. Mogłyśmy poczuć się swobodnie, rozmawiać o wszystkim (blog, kpop, Korea, dramy), a nawet zrobić zdjęcie jedzenia i nie czułyśmy się oceniane. Pani, która przyjęła nasze zamówienie była bardzo kompetentna, chociaż jak zawsze (ale lepiej się upewnić) zapytała czy wiemy jak zjeść :D 


Ja oczywiście wybrałam bibimbap, 38 zł (chyba powinnam zrobić jakiś ranking warszawskich bibimbapów ;p)




Tak jak pisałam kilka postów temu, bibimbap to po prostu ryż z warzywami i mięsem, można do niego dodać dosłownie każde warzywo. Nie pomyślałam jednak o sałacie lodowej :D Jej widok w tej potrawie trochę mnie zaskoczył, ale wszystko smakowało świetnie i na przyszłość nie będę się wzbraniała przed dodaniem jej do swojej wersji.

Ten w zaserwowany w Mei był smaczny, zawierał odpowiednią ilość mięsa (dużo) oraz pasty paprykowej (częsty zabieg: była ukryta pod jajkiem). Stosunek ceny do jakości i ilości uważam za odpowiedni. Ceny za bibimbap maleją i mam nadzieję, że kiedyś da się go gdzieś kupić za 20-25 zł. Jest to w końcu kuchnia koreańska, jeszcze traktowana u nas jako nowość, ale dzięki temu, że lokali jest coraz więcej, konkurencja rośnie, więc ceny mogą być trochę bardziej przystępne. Na szczęście czasy gdy trzeba było jechać pół miasta aby zjeść słaby bibimbap i zapłacić za niego 55 zł minęły ;)


Daria lubi ostre i nigdy nie bierze tej samej potrawy, więc tym razem padło na 쫄면 (35 zł). Jiolmyeon to kolejna potrawa która w swojej nazwie zawiera swój opis. 쫄 pochodzi od przysłówka 쫄깃쫄깃, które oznacza coś gumiastego, ciągnącego się i elastycznego. Ogólnie trzeba żuć. Daria zresztą miała problemy ze zjedzeniem tej potrawy właśnie przez tę cechę makaronu. Do tego dodawane są różne warzywa i jajko (czasami na twardo, czasami na miękko) i mimo braku znaczka "ostre" przy tej właśnie pozycji, to jednak ostrzegamy, bywa ostre i warto wziąć coś do picia.

 


Wzięłyśmy makkeolli (transkrypcje są różne, więc: 막걸리) 7 zł za kieliszek, 30 zł za butelkę (którą kupiłam sobie "na wynos")

Tak jak już wspomniałam, atmosfera była bardzo rodzinna, spokojnie sobie rozmawiałyśmy, co jakiś czas przychodziła do nas Pani kelnerka pytając czy wszystko nam smakuje, zza kontuaru podglądała nas sympatyczna ahjumma, a po jakimś czasie dostałyśmy jeszcze prezent od szefa kuchni ;)


Kimchi jeon (김치전) czyli naleśnik z kimchi nie był najostrzejszym plackiem jaki dane było mi jeść, ale w środku było dużo dobrych kawałków kimchi, więc oceniam potrawę zdecydowanie na plus. Sam placek (zapewne większy niż ten) kosztuje 20 zł. 

Mei w swojej ofercie ma mnóstwo wspaniałych potraw, więc na pewno będziemy wracały. Po pierwsze grill! W końcu to pod niego został przeprowadzony remont. Zostałyśmy nawet zapytane czy kiedyś byłyśmy na koreańskim BBQ i że koniecznie powinnyśmy wrócić aby zobaczyć jak to wygląda w Mei :)


cr: Mei
Już na samą myśl o kawałkach mięsa i kimchi zawijanych w różne liście robię się głodna. Mam ochotę zwłaszcza na galbi (karkówka marynowana w sosie sojowym). Grilla zamawia się zwykle na 2 osoby, do tego dostajemy ryż i sałatkę. Trzeba również zapłacić 10% za obsługę (pomoc bywa potrzebna, zwłaszcza jeśli wybieracie się na taki posiłek po raz pierwszy).

Na pewno wrócę też na ich kimbap i zupę z kimchi (lubię porównywać ich ostrość ;p)


Informacje praktyczne:


  • Adres: ul. Solec 81B, CH ARKADA, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 11:30 - 21:00
  • Strona internetowa: Mei - Warszawa

Ocena Oppy:




Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger