Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia koreańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia koreańska. Pokaż wszystkie posty

9/09/2017 11:54:00 PM

Japchae (잡채)

Japchae (잡채)
Miałam dziś gości, więc postanowiłam, że chociaż jedno danie musi być koreańskie. Japchae zwykle podawane jest jako banchan (przystawka), ale bywa również daniem głównym. Dzięki warzywom i marynacie ma lekko słodkawy smak i jest jedną z moich ulubionych koreańskich przystawek. Podstawa jest prosta: szklany makaron ze słodkich ziemniaków, dużo warzyw i jakiś dodatek - najczęściej mięso.


O Maangchi pisałam wiele razy, więc nie powinno Was dziwić, że jej przepis z YT był dla mnie inspiracją. U mnie pojawiło się tofu, ale większość kroków wykonałam w ten sam sposób co ona. 

Video Maangchi: link 

Składniki na 5 średnich porcji:

  • 200 g makaronu ze słodkich ziemniaków (można zamówić przez internet lub kupić w Kuchniach Świata, cena około 12 zł)
  • 1 marchewka
  • 1 czerwona papryka
  • 1 dymka
  • 250 g pieczarek
  • 1/2 cebuli (białej lub czerwonej)
  • Kiełki fasoli mung 
  • Sezam
  • Sos sojowy
  • Olej sezamowy
  • 1-2 jajka (1 starczy, ja użyłam dwóch)
  • Tofu
  • Marynata bulgogi  
  • Cukier trzcinowy
 Opcjonalnie:
  • Szpinak
  • Wołowina (zamiast tofu)  

Sposób przygotowania:

Krok 1: Makaron przygotowujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Mój wymagał namaczania przez około 20 min, więc nalałam do dużego garnka tyle wody aby przykryć makaron i zabrałam się za krojenie.


Krok 2: Kostkę tofu kroimy na małe kwadraty. Mam marynatę do bulgogi, więc ją wykorzystałam, ale wystarczy sos sojowy, trochę oleju sezamowego i przypraw. Odstawiamy tofu na około 20 min. 

Krok 3: W japchae znajdują się warzywa sporej wielkości, więc pokroiłam je właśnie na takie kawałki. Moja wersja przepisu jest bez mięsa, więc zdecydowałam się na więcej pieczarek (obrane i bez nóżek).


Krok 4: Po przygotowaniu warzyw wstawiłam makaron i na średnim ogniu gotowałam przez około 7 min. Ciężko powiedzieć kiedy makaron jest gotowy, wzięłam kawałek na spróbowanie, ale bez warzyw i sosu sojowego nie ma on żadnego konkretnego smaku. Zdecydowałam się nie ryzykować i po prostu ściśle przestrzegałam czasu podanego na opakowaniu.

Krok 5: Ugotowany makaron przełożyłam do durszlaka i zalałam zimną wodą. Makaron jest bardzo długi, więc zaleca się go poprzecinać w kilku miejscach. Podnosiłam go pałeczkami przecinałam w połowie.

Krok 6: Makaron przekładamy do dużej miski. Dodajemy sos sojowy, olej sezamowy, cukier trzcinowy oraz trochę soli i wszystko delikatnie mieszamy.

Krok 7: Według przepisu powinno się zrobić omleta z samych żółtek, ale w moim było również trochę białka. Omlet będzie krojony, więc po smażeniu odstawiłam go na bok aby wystygł. 

Krok 8: Zaczynamy podsmażać warzywa. Wszystko robimy na jednej patelni, więc nie trzeba używać dużo oleju. Zaczynamy od dymki i cebuli, później pieczarki, a na końcu marchew i papryka. Pieczarki muszą się zarumienić i trochę zmniejszą swoją objętość. 


Krok 9: Wszystkie ugotowane warzywa dodajemy do makaronu i delikatnie mieszamy. Zrobiłam to ręcznie bo makaron się klei i ciężko w inny sposób wymieszać wszystkie składniki.

Krok 10: Kroimy omleta na małe paseczki i również dodajemy do makaronu. 



Krok 11: Wcześniej przygotowane tofu lekko podsmażamy i dodajemy do makaronu. 

Krok 12: Nasze danie jest już prawie gotowe. Dodajemy sezam, kiełki, jeszcze trochę sosu sojowego i wszystko dokładnie (oraz delikatnie) łączymy. Podając posypujemy sezamem.

Opcjonalnie:
  • Szpinak: Liście szpinaku gotujemy z sosem sojowym, cukrem trzcinowym i odrobiną soli. Odcedzamy, kroimy na kawałki i dodajemy jako jedno z warzyw.
  • Wołowina: Marynujemy z sosem sojowym, grzybami, czosnkiem, solą, cukrem. Smażymy i dodajemy zamiast tofu.

Danie wyszło bardzo dobrze i jestem zadowolona z tego jak smakowało. Osiągnęłam koreański smak w swojej polskiej kuchni, a pracy nie było aż tak wiele jak się na początku wydawało. Zdecydowanie jest to danie do którego będę wracała, ale ze względu na wielkość raczej wtedy kiedy będę miała gości. Wszystko zostało zjedzone i były nawet dokładki, więc wydaje mi się, że smakowało.


4/14/2017 11:23:00 AM

Tradycje kulinarne Korei - recenzja książki

Tradycje kulinarne Korei - recenzja książki
Dzięki wydawnictwu Hanami podczas pobytu w Korei mam możliwość zapoznania się z kuchnią koreańską również teoretycznie. Co innego jeść, doświadczać i próbować, a co innego robić to świadomie. Pani Małgorzata Tomaszewska-Bolałek podeszła do swojej pracy bardzo profesjonalnie, więc w jej książce znajdziemy nie tylko przepisy i opis typowych produktów, ale również wstęp dotyczący kultury i historii związanej z kuchnią.


Jeśli chodzi o wiedzę jestem fanką stwierdzenia "wiem, że nic nie wiem", niezależnie ile się uczymy, czytamy i poznajemy, zawsze jest coś czego nie wiemy, nie umiemy bądź nie rozumiemy. Można założyć, że miałam dosyć sporą wiedzę na temat kuchni koreańskiej, nawet nie chcę liczyć ile ryżu i kimchi zjadłam przez całe życie, ale na szczęście zawsze są jeszcze rzeczy, których nie wiem. Nie mówiąc już w ogóle o gotowaniu i przygotowywaniu potraw. Lubię się uczyć nowych rzeczy, a ta książka zaspokoiła tę potrzebę dużym wstępem teoretycznym.

"Zmiany diety wpływały nie tylko na rozwój kulturowo-społeczny, ale również i biologiczny. Około 12000 lat temu ludzie zaczęli metabolizować bulwy oraz alkohol. Warto przyjrzeć się tym zagadnieniom nieco bliżej, gdyż ewolucja w tym przypadku nie była tak łaskawa dla mieszkańców Azji Wschodniej. Koreańczycy znani są z zamiłowania do napojów alkoholowych. Niestety, tak jak w przypadku Japończyków, Chińczyków czy Inuitów, u wielu osób występuje dysfunkcja dehydrogenazy aldehydowej - enzymu odpowiedzialnego za rozkład alkoholu. Problemy objawiają się rumieńcem, wzrostem ciśnienia, dusznościami, uciskiem w klatce piersiowej, wymiotami, stanami lękowymi, a w skrajnych wpadkach spożycie alkoholu może zakończyć się nawet śmiercią." 

 

Kuchnie narodowe składają się głównie z produktów dostępnych na danym terenie, więc w książce znajdziecie opis tego co rośnie w Korei, z czego gotują Koreańczycy, jak wykorzystują rosnące na półwyspie koreańskim rośliny i zwierzęta. Ciekawy jest też opis tego jak kuchnia się rozwijała, jakie potrawy kiedy "powstały" lub pierwszy raz zostały opisane. Bardzo mi się podoba, że książka traktuje temat bardzo szeroko, Pani Magdalena zdaje sobie sprawę z tego, że świat się zmienia, a kuchnia zachodnia wpływa na to co i jak jedzą Koreańczycy.
 

w książce znajdziecie również wiele przepisów, opisy tradycyjnych potraw, podział na typy jedzenia (zupy, produkty zbożowe, kleiki, słodycze itp.), ale również rozdział poświęcony etykiecie, tego jak wygląda, stół i zastawa. 

Pani Tomaszewska-Bolałek jest prawdziwym znawcą tematu, spod jej pióra wyszedł również odpowiednik dla Koreańczyków o kuchni polskiej. 


Mam nadzieję, że uda mi się ją znaleźć w Seulu, chciałabym kupić tę książkę koreańskiej rodzinie, z którą mieszkam. W razie czego jest dostępna online: w języku koreańskim, japońskim i chińskim.

Do publikacji Pani Małgorzaty należy jeszcze nagradzana książka o japońskich słodyczach: link.

Jedyna rzecz, której mi brakuje, to zapis nazw w języku koreańskim. Autorka korzysta z transkrypcji i nawet poświeciła miejsce aby wyjaśnić z jakiej i dlaczego, ale większość osób, które uczą się koreańskiego nie uczą się transkrypcji, więc niektóre nazwy musiałam sprawdzać w internecie. Koreańczycy również nie uczą się transkrypcji, więc ja chciałam się dopytać o coś znajomych Koreańczyków musiałam wyszukiwać słowo w hangulu.

Tradycje kulinarne Korei zdecydowanie polecamy, jest to książka, która zawiera bardzo dużo rzetelnej wiedzy, dobre przepisy i na pewno będę do niej wracała.

7/18/2016 03:57:00 PM

한집 - Koreański dom w Tbilisi

한집 - Koreański dom w Tbilisi
Górski wyjazd marzył mi się od dawna, więc gdy dwójka przyjaciół zaproponowała Gruzję zastanawiałam się tylko 24 godziny. Do wyjazdu był tylko miesiąc, mało czasu na przygotowania, plan tylko na góry, więc nawet nie sprawdzałam czy w stolicy mają koreańską restaurację. Czas spędziliśmy w górach, w marszrutkach i na jedzeniu.
.

Kilka ostatnich dni poświęciliśmy na zwiedzenie Tbilisi i okolic. Po jednym z sutych gruzińskich obiadów mój kolega zauważył koreańską restaurację i zaproponował abyśmy wybrali się tam następnego dnia. Moja miłość do Korei była im znana, a wspólny koreański obiad obiecywałam im od dawna, więc okazja wydała się idealna. Trochę obawiałam się, że ich pierwsze spotkanie z koreańskim jedzeniem odbędzie się w niesprawdzonej przeze mnie restauracji, ale wszystko udało się cudownie, a oni zostali nowymi miłośnikami ostrych smaków.

W lokalu znajdowali się tylko Koreańczycy, leciał kpop, a na ścianach wisiały autografy, koreańskie obrazki, zdjęcia i hanbok.




W związku z tym, że kelnerka się uczyła i pewnie pierwszy raz obsługiwała tak wielu Koreańczyków jednocześnie, my musieliśmy trochę poczekać na zamówienie i dwa razy je powtarzać. Bardzo się starała i szybko realizowała nasze prośby, więc tą małą niedogodność postanowiliśmy jej wybaczyć :D

Ja zamówiłam kimbap, kimchi i tofu.







Kimbap był idealny! To samo kimchi, poszło całe i zjadłabym jeszcze więcej. Tofu dostaliśmy na koniec, mimo, że było bardzo smaczne, nie dałam rady zjeść całego.

Znajomi postawili na mięsa i przystawki. Mega porcja japache, sporo przystawek, miska ryżu i wszystko to...zjedzone widelcem! :D



Wszystkie dania były duże, a do tego bardzo smaczne, więc nasz obiad oceniamy wysoko. Musieliśmy jedynie przypomnieć o ryżu, dostaliśmy go dużo później i był zimny, więc to on wpływa na obniżenie naszej oceny. Poza tym wszystko było cudowne, gdyby lokal znajdował się w Polsce, to na pewno regularnie bym do niego wracała. 

Informacje praktyczne:
  • Dojazd: Shalva Dadiani str N4 Tbilisi
  • Ceny: Średnie, ale bliżej im do wysokich. Ogólnie droższe niż gruzińskie jedzenie, ale tańsze niż inne zagraniczne lokale.
  • Strona internetowa: Facebook 
 
Ocena Oppy:
 
 

7/02/2016 09:40:00 AM

Busańska babcia w Seulu, czyli w koreańskim barze mlecznym.

Busańska babcia w Seulu, czyli w koreańskim barze mlecznym.
- Jeszcze jeden kurczak Ciociu!

- Dwa razy zupa.

- Wody Ciociu! Skończyła się nam woda.

Staruszka żwawo biega między stolikami, przynosi kolejne dania, wodę i kubki. Wita nowych gości, podśmiewa się ze stałymi bywalcami i od czasu do czasu patrzy w stronę stolika gdzie siedzą te dwie białe dziewczyny. Przychodzą tu już od tygodnia i za każdym razem zamawiają bibimbap. Prawie nie mówią po koreańsku i trudno zgadnąć z jakiego są kraju. Babcia przedyskutowała już ten problem z towarzyszkami z kuchni, ale nadal mają zagwozdkę. W otoczeniu brudnych talerzy i kubków, z rękoma mokrymi od mydlin, będą spoglądać na nas co chwilę, podnosząc głowy znad parujących garnków.


Babcia jest jedną z pracownic 할매순대국 (Halmae Sundaeguk), co można przetłumaczyć jako babcina zupa sundae (zupa sundae to zupa na bazie koreańskiej kaszanki, w której zamiast kaszy jest oczywiście ryż). Babcia też nie jest tu zwyczajna, bo w standardowym języku koreańskim babcia to 할머니, natomiast  할매 to określenie na babcię w dialekcie z południa (Busan i okolice). Nasz babcia jest jednak jak najbardziej seulska, zresztą tak jak i sieć tych barów, którym bliżej do polskiego baru mlecznego niż szykownej restauracji. Menu wisi na ścianie, przy suficie gra wiecznie włączony telewizor, na małej sali jest wciśniętych kilka standardowych i kilka niskich stołów do siedzenia na podłodze. Ceny są tu równie niskie co te stoły, za kilka tysięcy wonów można tu zjeść do syta, i pewnie właśnie dlatego gdy po raz kolejny w przeciągu ostatniego tygodnia zbiegłam ulicą, na której końcu mieszkamy, bar był pełen. Babcia widząc mnie w drzwiach machnęła ręką w stronę wolnego miejsca i nawet nie pytając zaordynowała bibimbap.



W restauracji siedziało kilku licealistów, rodzina i grupa starszych panów z uwagą śledzących wyświetlane właśnie wiadomości. To miejsce ma klimat, mimo że jest sieciówką. Przychodzą tu ludzie z różnych grup społecznych i po prostu z przyjemnością jedzą, rozmawiają i drażnią z babciami.

Najlepiej sprzedające się dania można obejrzeć na zdjęciach.

Nieciekawy wystrój, tanie jedzenie, brak porządnego menu, ot tani bar. A jednak jest w nim coś co każe mi tu wracać. Lubię to miejsce, wydaje mi się stałym elementem miasta, wiem, że jak pojawię się tu znowu za tydzień, albo za pół roku ono nadal tu będzie. Nie zniknie jak jedna z tych kawiarni i restauracji, których co miesiąc powstaje w Seulu kilkadziesiąt i co miesiąc kilkadziesiąt z nich przestaje istnieć. W tym chaotycznym, hałaśliwym mieście jest jedno pewne miejsce, w którym spotkam wiecznie plotkujące babcie, które śmiejąc się zaserwują mi proste, pyszne danie.

Kciuk w górę! Babcia poleca, więc jak tu nie spróbować ;)

Informacje praktyczne:

Skraje mapki: stacje metra Hongki i Sinchon, Babcia jest po środku mapki, tuż koło Paris Baguette.


Ocena Oppy:





4/09/2016 07:14:00 AM

Duszę dorsza- Daegu Jorim (대구 조림)

Duszę dorsza- Daegu Jorim (대구 조림)
Ryby są  popularne w kuchni koreańskiej i to nie tylko w nadmorskich miejscowościach. Dziś zapraszam na Daegu Jorin, czyli duszonego dorsza. Jorim (조림) odnosi się do wszelkich potraw duszonych lub gotowanych w sosie, natomiast Daegu (대구) to po prostu dorsz. W zależności do tego jakie ryby lubicie bez wahania możecie ich użyć w przepisie. Ja wybrałam taką, bo własnie opcję z dorszem jadłam w Korei, ale równie popularne jest na przykład Jorim z makrelą. Przepis (jak zresztą wszystkie na naszym blogu) jest prosty i szybki.

Lista zakupów:
  • 2-3 filetów z dorsza
  • 1 duża rzodkiew japońska (jeżeli jej nie mamy możemy użyć zwykłej rzepy)
  • 1 mała cebula
  • szczypiorek
  • opcjonalnie 1 papryczka chili

Sos:
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 2 cm kawałek imbiru
  • 5 łyżek sosu sojowego
  • 3 łyżki wina ryżowego
  • 2 łyżeczki gochujang (koreańksa pasta z chili, oszukując można zastąpić ją mieszanką ze sproszkowanej słodkiej papryki, papryki chilli i łyżeczki sosu sojowego)
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • 1 szklanka wody

Krok 1: Przygotowujemy rybę i warzywa. Kroimy rzodkiew w około półcentymetrowe krążki, podobnie cebula. Siekamy szczypiorek na około 2cm długości kawałki.


Krok 2: Do garnka wrzucamy rzodkiew oraz wymieszane składniki na sos. Gotujemy przez około 10 minut bez przykrycia, aż rzodkiew będzie miękka.

Krok 3: Dodajemy cebulę i szczypiorek i gotujemy przez kolejne 3-4 minuty.

Krok 4: Dodajemy rybę i gotujemy wywar przez 5 do 10 minut sprawdzając czy ryba jest już miękka i co jakiś czas podlewając ją sosem.


Krok 5: Podajemy z ryżem (Najbardziej koreańsko będzie jeżeli ryż podamy w oddzielnej miseczce ;) ) . Smacznego! 많이 먹고!



Trochę naginając przepis posypałam gotowe danie rzeżuchą... pasowała! Może nie jest to stricte koreański dodatek, ale ja zawsze gotując przede wszystkim dobrze się bawię i eksperymentuję :D

2/21/2016 11:59:00 AM

Mei

Mei
Do Mei wybrałyśmy się w środku tygodnia i w środku dnia. Przez 5 min siedziałyśmy w towarzystwie koreańskiej rodziny, ale po chwili zostałyśmy już same i mogłyśmy prowadzić swobodną rozmowę o blogu, jedzeniu i dramach. Lokal na przełomie 2015 i 2016 roku przeszedł gruntowny remont, sala jest większa, ale przede wszystkim powstały stanowiska do grilla co pozwoliło na powiększenie menu. Ostatnio byłyśmy w Mei ponad rok temu, ja zjadłam bulgogi, a Daria piła tylko herbatę, więc oczywiste dla nas było, że musimy zobaczyć jak zmienił się lokal i zjeść więcej.


To co w Mei podoba nam się najbardziej i to co wyróżnia tę restaurację na tle innych warszawskich lokali, to rodzinna atmosfera. Mogłyśmy poczuć się swobodnie, rozmawiać o wszystkim (blog, kpop, Korea, dramy), a nawet zrobić zdjęcie jedzenia i nie czułyśmy się oceniane. Pani, która przyjęła nasze zamówienie była bardzo kompetentna, chociaż jak zawsze (ale lepiej się upewnić) zapytała czy wiemy jak zjeść :D 


Ja oczywiście wybrałam bibimbap, 38 zł (chyba powinnam zrobić jakiś ranking warszawskich bibimbapów ;p)




Tak jak pisałam kilka postów temu, bibimbap to po prostu ryż z warzywami i mięsem, można do niego dodać dosłownie każde warzywo. Nie pomyślałam jednak o sałacie lodowej :D Jej widok w tej potrawie trochę mnie zaskoczył, ale wszystko smakowało świetnie i na przyszłość nie będę się wzbraniała przed dodaniem jej do swojej wersji.

Ten w zaserwowany w Mei był smaczny, zawierał odpowiednią ilość mięsa (dużo) oraz pasty paprykowej (częsty zabieg: była ukryta pod jajkiem). Stosunek ceny do jakości i ilości uważam za odpowiedni. Ceny za bibimbap maleją i mam nadzieję, że kiedyś da się go gdzieś kupić za 20-25 zł. Jest to w końcu kuchnia koreańska, jeszcze traktowana u nas jako nowość, ale dzięki temu, że lokali jest coraz więcej, konkurencja rośnie, więc ceny mogą być trochę bardziej przystępne. Na szczęście czasy gdy trzeba było jechać pół miasta aby zjeść słaby bibimbap i zapłacić za niego 55 zł minęły ;)


Daria lubi ostre i nigdy nie bierze tej samej potrawy, więc tym razem padło na 쫄면 (35 zł). Jiolmyeon to kolejna potrawa która w swojej nazwie zawiera swój opis. 쫄 pochodzi od przysłówka 쫄깃쫄깃, które oznacza coś gumiastego, ciągnącego się i elastycznego. Ogólnie trzeba żuć. Daria zresztą miała problemy ze zjedzeniem tej potrawy właśnie przez tę cechę makaronu. Do tego dodawane są różne warzywa i jajko (czasami na twardo, czasami na miękko) i mimo braku znaczka "ostre" przy tej właśnie pozycji, to jednak ostrzegamy, bywa ostre i warto wziąć coś do picia.

 


Wzięłyśmy makkeolli (transkrypcje są różne, więc: 막걸리) 7 zł za kieliszek, 30 zł za butelkę (którą kupiłam sobie "na wynos")

Tak jak już wspomniałam, atmosfera była bardzo rodzinna, spokojnie sobie rozmawiałyśmy, co jakiś czas przychodziła do nas Pani kelnerka pytając czy wszystko nam smakuje, zza kontuaru podglądała nas sympatyczna ahjumma, a po jakimś czasie dostałyśmy jeszcze prezent od szefa kuchni ;)


Kimchi jeon (김치전) czyli naleśnik z kimchi nie był najostrzejszym plackiem jaki dane było mi jeść, ale w środku było dużo dobrych kawałków kimchi, więc oceniam potrawę zdecydowanie na plus. Sam placek (zapewne większy niż ten) kosztuje 20 zł. 

Mei w swojej ofercie ma mnóstwo wspaniałych potraw, więc na pewno będziemy wracały. Po pierwsze grill! W końcu to pod niego został przeprowadzony remont. Zostałyśmy nawet zapytane czy kiedyś byłyśmy na koreańskim BBQ i że koniecznie powinnyśmy wrócić aby zobaczyć jak to wygląda w Mei :)


cr: Mei
Już na samą myśl o kawałkach mięsa i kimchi zawijanych w różne liście robię się głodna. Mam ochotę zwłaszcza na galbi (karkówka marynowana w sosie sojowym). Grilla zamawia się zwykle na 2 osoby, do tego dostajemy ryż i sałatkę. Trzeba również zapłacić 10% za obsługę (pomoc bywa potrzebna, zwłaszcza jeśli wybieracie się na taki posiłek po raz pierwszy).

Na pewno wrócę też na ich kimbap i zupę z kimchi (lubię porównywać ich ostrość ;p)


Informacje praktyczne:


  • Adres: ul. Solec 81B, CH ARKADA, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 11:30 - 21:00
  • Strona internetowa: Mei - Warszawa

Ocena Oppy:




1/07/2016 12:28:00 PM

Gyeranppang (계란빵)

Gyeranppang (계란빵)
Gyeranppang to przekąska kojarząca się z zimą i zdecydowanie nasz faworyt jeśli chodzi o jedzenie koreańskiej ulicy, więc gdy tylko termometry pokazały -15 i trzeba było uznać, ze przyszła zima, podjęłam próbę przygotowania tego dania. 

계란 oznacza jajko, a 빵 chleb, więc egg bread jest angielską nazwą tej potrawy. Nie wiem czy istnieje coś takiego jak polska nazwa 계란빵, ale jajkowy chleb, albo chleb z jajkiem nie brzmi najlepiej, więc pozostanę przy gyeranppang.

Skorzystałam z przepisu Messy Witche trochę go modyfikując. Amy, autorka bloga, miała do dyspozycji specjalne foremki w których powinno wypiekać się  gyeranppang. Ja korzystałam z sylikonowej formy na muffiny, więc poniżej znajdziecie ilości potrzebne do przygotowania 6 sztuk na takiej właśnie formie. 


Do przygotowania ciasta potrzebujecie:
  • 2 średniej wielkości jajka
  • 1/2 kubka mąki (najlepiej pszennej, ale mi trochę zabrakło i połowa była ziemniaczana)
  • 1/3 kubka rozpuszczonego masła lub margaryny (użyłam "Kasi")
  • 1/4 kubka cukru 
  • 1/4 kubka mleka (użyłam mleka bez laktozy, 1,5%)
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki esencji waniliowej (użyłam cukru waniliowego)
  • trochę rozpuszczonego masła do posmarowania formy


Do położenia na ciasto potrzebujecie:
  • 6 jajek
  • 3-4 plasterki szynki lub bekonu 
  • Szczypiorek 
  • Sól
  • Pieprz

Uwagi: 
  • Jeśli korzystacie z takiej formy jak ja, sylikonowej, upewnijcie się, że zanim przelejecie ciasto i wbijecie jajka, forma stoi na blaszce, którą później będziecie chować do piekarnika. Przeżyłam chwile grozy, próbując bez wylewania przenieść trzęsący się sylikon na blaszkę.
  • Zamiast szczypiorku i/lub szynki możecie użyć innych, dowolnych rzeczy. Podobnież w tym roku w Seulu robi furorę gyeranppang posypany ziarnami słonecznika i sezamu.


Krok 1: 2 jajka ubić z cukrem 
Krok 2: Dodać pozostałe składniki (mąkę, mleko, cukier, proszek do pieczenia, wanilię), ubijać aż nie będzie żadnych grudek. 
Krok 3: Posmarować formę masłem (użyłam resztek, które zostały na dnie garnka po roztapianiu)
Krok 4: Przelać ciasto do foremki do około połowy wysokości.
Krok 5: Ostrożnie wbić jajko do każdej przegródki.

Krok 6: Nie panikować jak zauważy się skorupkę.
Krok 7: Wyjąć skorupkę, oddychać. 
Krok 8: Dodać pokrojoną na małe kawałki szynkę, pieprz i szczypiorek. 


Krok 9: Piec w 200 stopniach przez około 20 min (do czasu aż białko przybierze postać stałą, a później jeszcze 5-7 min)



Krok 10: Ostrożnie wyjąć.
Krok 11: Spróbować nie zjeść wszystkiego.



Muszę przyznać, że jestem niesamowicie zadowolona z tego jak wyglądał i smakował produkt końcowy. Zdecydowanie będę wracała do tego przepisu, bo wykonanie zajmuje 10 min, a pieczenie 20, więc w 30 minut mamy koreański street food pod naszym polskim dachem. Warto mieć w lodówce zapas jajek ;)

많이 먹고!

11/21/2015 10:33:00 AM

Na obiedzie w restauracji Arirang.

Na obiedzie w restauracji Arirang.
Czas na kolejną kulinarną recenzję, tym razem będzie to restauracja Arirang. Tak się złożyło, że ani razu nie byłyśmy tam wspólnie. Kasia wpadała tam na lunche, ja na późne obiady, ale było tych wizyt kilka, co zdecydowanie świadczy na korzyść restauracji.

Jeszcze jakiś czas temu lokal krył się pod nazwą Kintaro i serwował japońskie dania, dopiero od niedawna zwie się Arirang i ukierunkowuje na kuchnię koreańską (Arirang to znana ludowa piosenka koreańska, w 2012 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNECSO).

Zanim przejdę do recenzji restauracji chciałabym Wam najpierw w skrócie wyjaśnić na jakiej zasadzie razem z Kasią oceniamy dane lokale. Przy recenzowaniu staramy się kierować kilkoma zasadami, łatwiej nam wtedy obiektywnie spojrzeć na dane miejsce.

1. Wygląd i komfort lokalu: czyli pierwsze na co zwraca się uwagę przy wejściu do jakiejś restauracji. Chodzi tu m.in. o to w jakim stanie jest toaleta, czy temperatura w pomieszczeniu jest odpowiednia, czy jest ciasno, jaki jest wystrój itd.. Oczywiście nie są to ścisłe ramy i w zależności od okoliczności, niektórych aspektów nie biorę pod uwagę.
2. Obsługa: czy kelnerzy/sprzedawcy są mili, pomocni, zorientowani w tym co mi sprzedają. Jak są ubrani (schludnie i czysto), czy długo muszę czekać na swoje zamówienie.
3. Najważniejszy komponent – jedzenie. Jaka jest estetyka podania i oczywiście najważniejsze jaki jest smak samego dania (czy jest smaczne, ciepłe/zimne, itd.)
4. Cena: czy jest adekwatna do wielkości serwowanych dań. Oczywiście muszę brać poprawkę na to czy jem w drogiej restauracji czy street foodowym barze, czy w cenę jest wliczona obsługa, napiwki, lokalizacja też ma znaczenie (W centrum dużego miasta na pewno zapłacę więcej).
5. Podsumowujący punkt - czy chcę tam wrócić. Czy miejsce zrobiło na mnie takie wrażenie, jedzenie było na tyle smaczne, a atmosfera na tyle przyjemna, że zechcę to miejsce odwiedzić w przyszłości.

Wróćmy do Arirang i pierwszego punktu recenzji, czyli wyglądu i komfortu lokalu. Tu mam mieszane uczucia, restauracja jest schludna, dużo bieli i brązów, parawany, babusy, ale jak dla mnie ciut za ciasna. Stoliki stoją bardzo blisko siebie, więc czy chcę tego czy nie bez trudu słyszę rozmowy sąsiadów, a nawet czasami sąsiedzi są na tyle głośni, że nie słyszę tego co mówią moi znajomi.

Punkt drugi - obsługa. Nie mam jej nic do zarzucenia. Kelnerka była kompetentna i miła, jedzenie szybko podane. Dokładnie tak jak powinno być.

Przejdźmy do kuchni. Jak już wcześniej pisałam, byłyśmy z Kasią w Arirang kilkukrotnie. Za każdym razem jedzenie było dobre, ciepłe i naprawdę ładnie podane. Kuchnia smakuje tak jak powinna, zresztą dobrą tego oznaką są jadający tam Koreańczycy (ahhh, te dźwięki KakaoTalk przy co drugim stoliku ;) ).

Yejukbulgogi i Daktigim



W porze lunchowej dania kosztują 18zł (w cenę jest również wliczony ryż), co jak na centrum Warszawy i taką porcję jest naprawdę dobrą ceną. Kasia próbowała Dakbokum - wieprzowinę w cieście z sosem słodko kwaśnym i do tego jako gratis dostała również zupę z mleczkiem kokosowym. W porze obiadowej ceny są nieco wyższe, za standardowe danie wahają się w granicach 25-35zł, a za ryż należy dodatkowo zapłacić 5zł, ale muszę zaznaczyć, że nie jest on konieczny do każdego dania, porcje są wystarczająco duże i bez niego. Nie ma ryżu, ale w cenę każdego koreańskiego dania zawsze są wliczone trzy przystawki. Wśród dań głównych próbowałyśmy między innymi Yejukbulgogi - smażona wieprzowina z warzywami w słodkim sosie sojowym (mięso rozpływało się w ustach, Kasia mówi, że jej też), Daktigim - kurczak smażony w cieście z sosem teriyaki, oraz Yaki Udon - smażony makaron udon z warzywami i mięsem. Ten ostatni jadła moja przyjaciółka niezbyt zaznajomiona z kuchnią azjatycką, ale danie podbiło jej kubeczki smakowe ;) . Istnieje również opcja zamówienia grilla i własnoręcznego usmażenia mięsa (klimaty prawdziwego koreańskiego bbq). 

W karcie znajdują się też dania droższe, około 50zł, z owoców morza, ale tę cenę mogę zrozumieć. Minusem jest wycena niektórych potraw sklasyfikowanych jako przekąski. Yukhoe, czyli koreański tatar (nasz przepis na azjatycką wersję znajdziecie TUTAJ) kosztujący 60zł to gruba przesada, nawet w dużo droższych warszawskich restauracjach jego cena potrafi być znacząco niższa.

Lunch, zupa i kimchi


Tak zgrabnie przeszliśmy do punktu czwartego, czyli ceny. Jak wyżej. Ceny lunchowe bardzo przystępne, większości dań obiadowych również. Mimo to w karcie pojawiają się kwiatki z cenami zdecydowanie za wysokimi.

Punkt piąty. Czy chcę tam wrócić? Tak. Zresztą robię to dość regularnie. Restauracja spełnia moje oczekiwania i po prostu dobrze karmi. Moja ocena dla niej to 4.5/5. Mały minus za komfort i niektóre ceny, ale to tylko mały minus. Poza tym było po prostu świetnie. Polecam. W tym miejscu da się poczuć smaki Korei.


Informacje praktyczne:
  • Adres: ulica Nowogrodzka 38, 00-691 Warszawa
  • Godziny otwarcia: 12:00-22:00 (od pon. do niedz.)
  • Strona internetowa: Facebook - Arirang
Ocena Oppy:

10/26/2015 10:33:00 PM

Miss Kimchi - recenzja

Miss Kimchi - recenzja
Miss Kimchi. Lokal z kuchnią koreańską, który jakiś czas temu zadebiutował na ulicy Żelaznej w Warszawie. Reklamuje się jako korean streetfood bar, pod logo ma jeszcze umieszczone "udon" i "bibimbap". Wydawałoby się, że to raj na ziemi dla ludzi takich jak my, którzy szukają w Warszawie restauracji z tanim i szybkim jedzeniem koreańskim, a do tej pory mieli do wyboru tylko poważne i drogie miejscówki  :)

Miss Kimchi, znane do tej pory z targów śniadaniowych jako Yakitori, wkrótce otworzy swoją stacjonarną lokalizację. Miejsce będzie samoobsługowym streetfood barem oferującym dania kuchni azjatyckiej, głównie koreańskiej. Ma być bez zadęcia, niedrogo i smacznie. W podtytule Miss Kimchi deklaruje udon i bibimbab. Menu ma się zmieniać co 1-2 tygodnie. Do wyboru będzie kilka dań głównych, kilka zup, i znacznie więcej przystawek, kiszonek i sałatek. - zapowiedź otwarcia z warsawfoodie.pl

Na Żelaznej pojawiłyśmy się 10 minut przed otwarciem. W trakcie wyobrażania sobie za ile będzie bibimbap oraz czy zostanie podany z jajkiem surowym czy smażonym, zaglądałyśmy do środka.



Zapewne jesteście sobie w stanie wyobrazić moje zdziwienie (i rozczarowanie) gdy okazało się, że w restauracji bibimbap nie jest podawany. Nie wiem dlaczego nie został zmazany z szyby (rozumiem, że z baneru nie da się go usunąć), ale jedyne co mi się nasunęło to próba kuszenia ludzi i liczenia, że może jednak zostaną. Mimo wszystko zostałyśmy.

Daria ubrała się tematycznie :D

Zmieniające się co 1-2 tygodnie menu od 7 października zmieniło się minimalnie (kaczka w słodkim sosie zamieniła się w kurczakowe szaszłyki ;p), kurczak w ostrym sosie, żeberka, tofu i wszystkie zupy bez zmian. Może przyszłyśmy tuż przed zmianą.

Po prawej menu datowane na fejsie na 7/10, po lewej z 23/10


Kolejna sprawa to street food. Co z tego można uznać za koreański street food? Jedynie szaszłyki, ale nie w takiej cenie i formie. Jeszcze może zupę, ale raczej udon niż kimchi chigae. 

Bardzo mi się podobał wybór herbat (te w postaci marmoladowej ;p), długo polowałam na śliwkową, więc ją zamówiłam (cena 7 zł), a jako głównie danie wzięłam tofu. Daria zdecydowała się na ostrego kurczaka. Następnie przyszedł czas na wybór przystawek. Przemiła Pani ekspedientka niestety nie była w stanie powiedzieć czy w sałatce warzywnej są słodkie ziemniaki, ale trzeba przyznać, że wybór był spory :)


Daria wzięła ostrego kurczaka, który spełnił jej oczekiwania. Kiełki niestety były twarde (może to kwestia tego, że leżą w takiej niby otwartej lodówce i nie są przykryte?), a kimchi obie wolimy bardziej chrupiące niż wodniste (ale ile restauracji tyle kimchi, więc to tylko prywatna opinia :D). Ogólnie wszystkie dodatki były zimniejsze niż temperatura pokojowa, o ile przy kimchi jeszcze można to zrozumieć i przystawki powinny być chłodniejsze to różnica temperatur wydała się nam za duża (dobrze, że zamówiłam ciepłą herbatę ;p)


Tofu po koreańsku było pozbawione dukbokki, omlet był zimniejszy niż wszystko inne, ryba bardzo dobra (też zimna), ale ogólnie jedzenie bardzo mi smakowało. Tofu było dobrze zrobione, czułam odpowiednie smaki :D Nie wiem niestety dlaczego główne danie było wielkości przystawki.


To co mi się w Miss Kimchi nie podoba najbardziej to konceptualizacja. Rozumiem, że lokal może być samoobsługowy, trzeba podejść i zamówić, wybrać co się chce wskazując to palcem, a po pałeczki i serwetki trzeba pójść oddzielnie. Nie rozumiem dlaczego głównego dnia jest mniej niż ryżu, a kosztuje tyle co w lokalu gdzie proporcje są odwrócone, a do tego mam obsługę i nie muszę jeść sklejkowymi patyczkami, które wpływają na smak potrawy. 

Podawanie jedzenia na tackach, co w Korei bardziej mi się kojarzy z wojskiem lub szkołą, jest z jednej strony super, ale z drugiej bardziej przypomina japońskie Bentō. Gdyby nie to, że świecono mi w oczy "bibimbapem"i "korean streetfood" to chętnie wydałabym 32 zł na ten posiłek i była nim zachwycona. 


Jak widać : smakowało :)


Nawet to, że przez 20 min nie było prądu (zapewne przez pobliskie roboty drogowe) nie zabolało mnie tak jak brak bibimbapu :D Myślę o tym miejscu jako o ciekawym eksperymencie i jednorazowym wyjściu (chyba, że w końcu menu zmieni się zdecydowanie i będzie tam coś ciekawego), ale za 25 zł można zjeść w Warszawie dużo lepsze, większe i ładniej podane koreańskie jedzenie.

Informacje praktyczne:
  • Adres: ul. Żelazna 58/62, Warszawa
  • Godziny otwarcia: 12-20


Ocena Oppy:




Edit 27/10/2015

Kurcze, ktoś jednak nas czyta! :) Miss Kimchi zamieściło obszerną odpowiedź na naszego posta, z którą szczegółowo możecie zapoznać się w komentarzach poniżej. Oppa, jako człowiek racjonalny, oczywiście wszystkie argumenty przeanalizował i postanowił podnieść ocenę do 3 gwiazdek (co już jest całkiem wysoko jak na nasze inne oceny ;p). Dlaczego? Jeśli faktycznie wszystko pominąć i skupić się na jedzeniu to było dobre.

Nie uznaję jednak siebie za profesjonalną recenzentkę ani osobę, która zna jakiekolwiek realia gastronomii czy kontaktów z sanepidem. Piszę tylko to co czuję i myślę po pobycie w danym lokalu. Uważam, że ceny są za wysokie jak na wielkość porcji, brak obsługi i hasło street food. Niestety nie zmienia się również moja opinia co do tego, że przystawki były za zimne, może to kwestia tego, że byłyśmy pierwszymi klientkami. Nie zmienia się też moja opinia o dostępności menu, nie uważam aby moją rolą było tłumaczenie braku bibimbapu w menu, kiedy jego nazwa wielokrotnie pojawia się na lokalu i jego stronie facebookowej.

Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger